Dowody Na Istnienie, Tadeusz Dębicki

Tadeusz Dębicki, „Moienzi nzadi U wrót Konga”

Skarbów z kindla ciąg dalszy – dziś wspaniałe „U wrót Konga” Tadeusza Dębickiego, wydane przez Fundację Instytutu Reportażu.

Mam do tej książki tylko jeden zarzut – wstęp Olgi Stanisławskiej jest tak znakomity, że uniemożliwił mi stworzenie błyskotliwego posta na Kurzojady, w którym wyjaśniam kochanym czytelnikom dlaczego relacja Dębickiego, który w 1928 płynie do Konga jako marynarz na belgijskim statku towarowym, jest tak wyjątkowa. No dobra, i tak wam powiem, ale nie wymyśliłam tego sama. Chociaż mogłabym. Prawdopodobnie.

Dębicki, przytłoczony szarością zimowej Antwerpii, marzy o Afryce: jej słońcu, przyrodzie. Ale to, co widzi, wcale mu się nie podoba – na pierwszy plan wysuwają się kolonialne praktyki Europejczyków, w tym przypadku Belgów, którzy bezlitośnie drenują Kongo z zasobów naturalnych, wliczając w nie mieszkańców, zapędzonych do niewolniczej pracy na rzecz ekhem, cywilizacji. „Nie ma chyba człowieka na świecie, który by wątpił, że cywilizowanie Afryki ma na celu jedynie wzbogacenie się białych” – notuje regularnie Dębicki. W jego ujęciu cywilizacja jest z założenia zła – pieniądze psują ludzi i stosunki między nimi, przemysł niszczy przyrodę, kobiety stają się złe, przewrotne, kochają tylko dla zysków – ale Murzyni nawet tego nie mogą doświadczyć w pełni, dostają tylko namiastki: tanie, wytwarzane specjalnie dla nich leżaki i szklane koraliki. Belgowie budują dla nich szpitale, ale, jak zauważa Dębicki, mieszkańcy Konga potrzebują opieki medycznej głównie ze względu na obrażenia, jakich doznają przy pracy dla białych, którzy traktują czarne ciała jak szybko zużywający się i w pełni zastępowalny surowiec. Plastyczne opisy harujących w skwarze i bitych bezlitośnie robotników nawet dziś robią ponure wrażenie. 
Przy całym swym trzeźwym podejściu do kolonializmu Dębicki zaskakująco naiwnie wierzy w „szczęśliwych dzikusów” i z pełną powagą rozprawia o wesołych jak dzieci Murzynach, którzy – dobrze traktowani – lubią jeść, śpiewać i tańczyć. Z żarem pisze też o czarnych kobietach i ich twardych piersiach, do których cywilizacja nie zdążyła się jeszcze dobrać (ani do piersi, ani do kobiet), w związku z tym zdolne są do szczerej, bezinteresownej miłości.

Na koniec dodam, że Antwerpia, Kongo, zaskakująco wywrotowe poglądy, ale kiedy trzeba porównać do czegoś przekleństwa bezlitosnych nadzorców, Dębicki od razu wie, co mu to przypomina – „najgorszy szwargot żydowski”.

Lektura z gatunku koniecznych. A teraz może wreszcie wezmę się za „Kongo” Van Reybroucka.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz