Muza, Alfred Szklarski, Cdp.pl

Tomek w krainie Szklarskiego

Rok 1902. Tomek Wilmowski nie jest zwykłym chłopcem. Mieszka w Warszawie z wujostwem i dwójką kuzynów, jego matka nie żyje, a ojciec, prześladowany przez carat za niepodległościowe działania, musiał wiele lat temu uciekać za granicę i nie ma z nim bezpośredniego kontaktu. Tomek wykazuje nadzwyczajne zdolności: ma fantastyczną pamięć i uwielbia się uczyć, a jego niepokorny charakter i nieopanowana chęć pomocy słabszym często wpędzają go w tarapaty, przysparzając zmartwień surowym opiekunom. Pewnego dnia w mieszkaniu Karskich pojawia się tajemniczy gość, aby powiedzieć Tomkowi, że opuści za chwilę dom wujostwa i uda się w podróż, która zmieni jego życie...

Cóż, Tomek nie jedzie jednak do Hogwartu, tylko do Triestu, aby pod okiem ojca i jego przyjaciół wyrosnąć na przestrzeni dziewięciu tomów przygodowego cyklu Alfreda Szklarskiego na podróżnika, łowcę i hipnotyzera zwierząt.

Kiedy w 1991 roku wydawnictwo „Muza” wznowiło serię przygód młodego Wilmowskiego, mój tata, kierując się na azymut własnej młodości, postanowił kupować mi każdy odcinek. Sumiennie je przeczytałam, aż do wydanego w 1993 „Tomka w grobowcach faraonów”, napisanego na podstawie notatek zmarłego autora przez księdza Adama Zelgę (fun fact: kapelana polskiej reprezentacji piłkarskiej za czasów Jerzego Engela). Taką już jestem dobrą córką. Teraz z dreszczem ekscytacji przytargałam kolekcję z piwnicy rodziców na moje praskie poddasze. Oczekiwania: fala sentymentu, ale także „beka ze Szklarskiego”, który pisząc pierwszą powieść w 1957 musiał zapewne wpaść na mieliznę rasistowskich i kolonialnych stereotypów, niedostrzegalnych dla dziewięciolatki.

Czekała na mnie niespodzianka. Szklarski okazał się autorem bardzo poprawnym politycznie, potrafiącym sprawnie konstruować typy bohaterów, które taką postawę czynią wiarygodną i atrakcyjną. Przez cały cykl mamy do czynienia z niezmiennymi charakterami, nie ma co liczyć, że ktoś przejdzie przemianę duchową, albo przyłapiemy go na pomniejszych grzeszkach. Z kogo składa się ta drużyna?

Samiec alfa to emigrant polityczny, wyborowy strzelec i łowca zwierząt Jan Smuga, o niejasnej przeszłości Indiany Jonesa – kiedy Tomek marzy o wyprawie na Kilimandżaro, okazuje się, że Smuga już tam był. Egipt? Phi. Pewnie, że zna. Tybetańscy mnisi i indyjscy maharadżowie jedzą mu z ręki, która nie zawaha się w razie potrzeby zabić. Chociaż nie wiemy o nim wszystkiego, nie mamy cienia wątpliwości, że zawsze postępował honorowo.

Tę tryskającą testosteronem postać uzupełnia w wychowawczym tandemie ojciec Tomka, Zbigniew Wilmowski, geograf, człowiek o miękkim sercu, nieskłonny do przemocy. To on objaśnia synowi geopolityczne niuanse krajów, w których przebywają i zwyczaje zamieszkujących je ludów. W czasie pobytu w Australii opowiada o okrucieństwie europejskich kolonizatorów i nędzy, w jakiej żyją krajowcy. Omijając termin „Aborygeni” Szklarski wyprzedza swoje czasy – teraz to pochodzące z łaciny słowo uważane jest za obraźliwe jako odgórnie nadane przez kolonizatorów ludom, które miały własne, plemienne nazwy (obecnie najszerzej akceptowany termin to „Indigenous Australians”). W Afryce ostro potępia handel niewolnikami. W Indiach krytykuje brytyjskich oficerów:

„W tej chwili pułkownik Burton podszedł do Wilmowskiego i dotknąwszy ręką jego ramienia szepnął:

- Niech pan powstrzyma syna, to nie ma najmniejszego sensu. Widziałem na własne oczy, jak ten gepard zagryzł krajowca.

- To dziwne, bo gdyby któryś z nas był przy tym, gepard zostałby zastrzelony – odpowiedział Wilmowski, również po cichu.

Anglik zaczerwienił się. (...)

- W Indiach nie ceni się życia ludzkiego, jak my to zwykliśmy czynić w Europie. Członkowie niższych kast są niczym dla uprzywilejowanych arystokratów. Gdybyśmy od razu usiłowali zmienić tutaj zwyczaje zakorzenione od wieków, to chyba bezpowrotnie stracilibyśmy Indie. Niech mi pan wierzy, że Indusi jeszcze obecnie są pod wieloma względami barbarzyńcami. Anglicy mają tu do spełnienia wielką misję cywilizacyjną.

Wilmowski milczał, tylko lekko ironiczny uśmiech błąkający się na jego ustach świadczył, iż nie został przekonany zasłyszanymi argumentami”.

Szklarskiemu udaje się ciekawie grać na historycznej specyfice przełomu wieków: Polacy z podzielonego między zaborców kraju podróżują przez skolonizowane kontynenty, konfrontując swoje wygnanie z praktykami stosowanymi przez zachodnich Europejczyków wobec podbitych ludów. Jako emigranci mogą utożsamiać się z krzywdzonymi całego świata, a jednak posługują się paszportami Imperium Brytyjskiego...

Tomek, z racji młodego wieku, pełni rolę tabula rasa, na której zapisuje się wzór męskości Smugi i wiedzy ojca – posiada bowiem wszelkie predyspozycje, aby połączyć w sobie te dwie postawy. Podczas samodzielnego pobytu w Stanach Zjednoczonych dorastający Tomek już wie, co sądzić o zamykaniu Indian w rezerwatach i przechwałkach amerykańskiego szeryfa, zwolennika kontrolowania „dzikusów” i chociaż wzdraga się przed użyciem przemocy, to ostatecznie bierze udział w zbrojnej walce. Przy okazji jego ustami autor może zadać wszystkie pytania, na które chce odpowiedzieć czytelnikom. I te usta Tomkowi niestety  rzadko się zamykają, do czego jeszcze wrócę.

Prawdziwym majstersztykiem jest bosman Nowicki, prosty chłopak z Powiśla, pomimo spędzonych na emigracji lat swojsko dziwiący się światu. Tam, gdzie Wilmowski pouczy, a Smuga pogrozi placem, bosman wnosi powiew świeżości, wyrażając to, czego poprawność polityczna nie pozwala powiedzieć bardziej dostojnym podróżnikom. A to nazwie Apaczów „Indiańcami”, a Pigmejów „karzełkami” lub „murzyńskimi mikrusami”, a to wypowie się ze znawstwem o urodzie kobiet („Niczego sobie uczta, tylko dlaczego te baby takie brzydkie? A głowy to golą do gołej skóry pewnie dlatego, żeby mieć mniej kłopotu z myciem i czesaniem”), a to z obrzydzeniem skomentuje specjały chińskiej kuchni i głośnym bekaniem zachwyci gospodarzy.

Ten znakomity kwartet ozdobiony jest jeszcze wiernym psem Dingo i okazjonalnie Australijką Sally, która z „dzielnej córki ranczera” wyrasta na „czupurną młodą kobietę” i w dramatycznych okolicznościach zostaje żoną Tomka. Główne cechy Sally to odwaga i zachwyt nad wszystkim, co powie lub zrobi młody Polak, często świadomie udawany w celu podbudowania męskiego ego. Tutaj już przerwę, oszczędzając Szklarskiemu genderowego bicza, bo jednak oprócz Sally jest także rewolucjonistka Natasza i wyzwolona maharani Alwaru. Bardzo dobrze, dostatecznie.

O ile bohaterowie całkiem udali się Szklarskiemu, to z bólem serca muszę powiedzieć, że z resztą jest gorzej. Nie wiem, jak odebrałyby te książki dzisiejsze dziesięciolatki, ale w mojej ocenie są okropnie nudne. Kiedy sygnalizowałam czytelnikom na blogu, że zabieram się do lektury, posypały się żarty o przypisach – i rzeczywiście, wystarczy, że coś poruszy się w krzakach i już trafiamy na dół strony, gdzie szczegółowy przypis wyjaśni nam absolutnie wszystko o danym gatunku, miejscu lub osobie. To, co nie znalazło się w dodatkowych notkach, długo i uczenie objaśnia Wilomowski lub inna ofiara nieznającej umiaru ciekawości Tomka.  Jest to męczące, ale z drugiej strony przyzwoitość każe wziąć pod uwagę prawdę czasu: kiedyś takie informacje były trudno dostępne, nie każdy miał w domu encyklopedię, a zaopatrzenie księgarni nie pozawalało na pławienie się w albumach o dalekich krajach. W biograficznym artykule o Szklarskim, który mimo amerykańskiego paszportu praktycznie nie wyjeżdżał z kraju, czytam, że pisarz sam zdobywał tę wiedzę z trudem, codziennie szperając w zaprzyjaźnionych antykwariatach.  Mgliście pamiętam, że w czwartej klasie podstawówki przepisywałam z „Tomka w krainie kangurów” informacje o stekowcach, podbijając lizusowsko serce nauczycielki biologii.

Kolejny męczący wtręt to Polacy pod każdym kamieniem. Nieważne jak zapadły zakątek odwiedzają bohaterowie, zawsze przy którymś z obozowych ognisk jak mantra powraca kwestia rodzimych podróżników, którzy coś w okolicy odkryli/zmierzyli/walczyli o wolność. Dla mnie obecnej mnie jest to nawet umiarkowanie ciekawe, ale jako dziecko byłam znudzona na śmierć wszelkimi Strzeleckimi, Grąbczewskimi i Szolc-Rogozińskimi.

Pierwsze tomy mają w miarę wartką akcję, potem Szklarski nieco traci fantazję, powielając fabularne schematy (ktoś zaginął – reszta udaje się na ratunkową wyprawę). Jednak najstraszniejsze rzeczy dzieją się w „Tomku na wojennej ścieżce” – jeżeli dokładniej przyjrzymy się fabule, to niestety wygląda ona tak: Tomek od początku pcha nos w nieswoje sprawy - w porywie rycerskości zadziera z niebezpiecznym Meksykaniniem – Sally zostaje przez Meksykanina porwana, giną ludzie – Tomek wzywa na pomoc winnego mu przysługę Czarnego Błyskawicę – Indianin słusznie nie chce narażać swojego plemienia dla białych – ale Tomek strzela mu mowę o honorze bez rasowych granic – Indianie z wodzem na czele giną za „Białą Różę”, zafrasowani Polacy zwiewają z kraju, angażując pozostałych przy życiu wojowników do cyrku. Dobra robota, Wilmowski!

O ile ze Szklarskiemu daleko do kolonizatorskich zapędów, to jednak ma ulubione szwarccharaktery – w tej roli zazwyczaj występuje szaman albo czarownik (chyba, że rosyjski szpicel, ale to inna sprawa), za pomocą rzekomych rozmów z duchami manipulujący naiwnymi członkami wspólnoty. Ciekawe, że przenikliwy często autor zdaje się nie zauważać tutaj, że czarownik jest tej właśnie wspólnoty wytworem, odpowiadającym jej potrzebom, a nie importem ze świata ponadczasowego zła (o ile taki istnieje). Czy to efekt polskiego, katolickiego wychowania? Tomek mówi do Samba: „Dlaczego składasz ofiary złym duchom? Przecież to grzech! Módl się do jednego dobrego i sprawiedliwego Boga, a nie stanie ci się żadna krzywda”. Szklarski robi wyjątek dla Indian: kiedy ich wodzowie zasiadają w „kręgu przodków”, Polacy nie prawią im misjonarskich morałów. Córka Szklarskiego, Bożena, wspomina w jednym z artykułów, że ojciec był zafascynowany Indianami i ich kulturą, widząc pokrewieństwo losów Polaków i rdzennych mieszkańców Ameryki. Najwyraźniej to wystarczyło, by przyznać im wyższy status, tylko mimochodem wspominając o kierowaniu się „przesądami”.

Na samym finiszu odkryłam prawdziwą perełkę. W początkowych tomach cyklu bohaterowie trudnią się łowieniem dzikich zwierząt na zlecenie hamburskiego potentata zoologicznego, Carla Hagenbecka. I to jest dopiero ciekawa postać! Kolekcję rozpoczyna od fok i polarnego niedźwiedzia (prezent od ojca, handlarza rybami), by następnie osobiście uczestniczyć w wyprawach po egzotyczne gatunki. Ale! Hagenbeck jest nie tyko twórcą nowoczesnego zoo bez krat, w którym zwierzęta żyją na  wybiegach przypominających ich naturalne środowisko (Tierpark Hagenbeck otwarty w 1907). Jest także jednym z pomysłodawców popularnej w XIX-wiecznej Europie idei „ludzkiego zoo” – w 1876 tworzy „zagrodę” z Nubijczykami, z sukcesem prezentowaną w Berlinie, Londynie i Paryżu i, zachęcony jej powodzeniem, kolejną z Inuitami (wiecie, że nie mówi się „Eskimosi”, prawda?). Ponieważ akcja tomkowej sagi zaczyna się w 1902 roku, fakty są jednoznaczne: dzielni Polacy pracują dla człowieka, który czerpał zyski z zamykania w klatkach całych rodzin „dzikusów”. Biorąc pod uwagę humanizm i tolerancję, opromieniające całą serię, jest to prawdziwy strzał w stopę. Zastanawiam się, czy Szklarski świadomie pominął niewygodny dla niego fragment biografii niemieckiego przedsiębiorcy, czy mając bardzo ograniczony dostęp do źródeł, nie znał tego aspektu działalności Hagenbecka.

Tu zakończę. Pomimo sympatii dla mrówczej pracy Szklarskiego i jego humanistycznych ideałów nie poleciłabym książek o Tomku mojej córce. Jeżeli coś jest za nudne, żebym przeczytała to od deski do deski, to uwierzcie specjalistce – jest naprawdę nie do przebrnięcia. To rzekłszy udaje się w kierunku biblioteki, by rozpocząć badania na ludzko-mechanicznej hybrydzie Pana Samochodzika, muzealnika wyposażonego w ferrari.

jeden komentarz

Michał

30.04.2019 12:16

Dzięki za ten wpis - cieszę się, że na trzeciej stronie googlowskiej wyszukiwarki w końcu znalazłem tekst, który nie ogranicza się do nostalgicznych komunałów!:) Dobrze napisane. Ja po kilkunastu latach przypominam sobie Tomka teraz - bawię się raczej dobrze i osobiście akurat swoim dzieciom książki bym polecił, ale rozumiem Twój punkt widzenia. Co można by dodać, to może ewolucja struktury powieści - pierwsze dwie części to, raczej mało wciągający, zestaw luźno powiązanych ze sobą perypetii w rodzaju "najpierw łapiemy to, a potem tamto"; cośtam w rodzaju trzymającego w napięciu motywu przewodniego pojawia się w "Tomku na Czarnym Lądzie", ale urywa w połowie książki. Począwszy od "Tomka na wojennej ścieżce" mamy już jakąś główną historię, próbę budowania napięcia (te wstępy w rodzaju "tajemniczy jeździec pojawił się na horyzoncie..."), trochę bardziej (no wiem, nie aż tak) zgrabne wplatanie elementów edukacyjnych (mniej niczego nie udających rozdziałów typu "Jak odkryto źródła Nilu" czy cośtam)... Pewnie masz rację, że pod koniec formuła się Szklarskiemu wyczerpała i brakowało mu świeżych pomysłów. Jeszcze raz dzięki za ciekawy, świeży wpis i pozdrawiam!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W jaki dzień zaczyna się poniedziałek? W mianowniku.