Leopold Tyrmand, Wydawnictwo MG, Cdp.pl

Uwodziciel w kolorowych skarpetkach

Dzień dobry, czy mają państwo kwadrans, żeby porozmawiać o polskich legendarnych literatach? Tak? Znakomicie! Oto kilka twarzy Leopolda Tyrmanda, pisarza, który bardzo dbał o swój wizerunek i jego kreowanie (przypuszczam, że w dzisiejszych czasach byłby królem Instagrama).

PISARZ

 „ - Gdzie my jesteśmy? – szepnęła Marta, jeszcze przy ustach Halskiego.

Unieśli powieki, nie odrywając od siebie ust i policzków. Wysoko nad nimi, od strony zawalonej świeżymi budowami ulicy Szopena, rysowała się murarska winda. Jej prosty, kanciasty szalunek z desek wyrzynał się czarno na delikatnym seledynie nieba.

- jesteśmy w Warszawie... – rzekł cicho, lecz wyraźnie Halski”.

Ta filmowa scena nie pochodzi, wbrew pozorom, z „Ekstradycji” (przykro mi). Tak kończy się „Zły”, legendarna powieść Leopolda Tyrmanda, PRL-owski biały kruk. „Złego” chwalił Gombrowicz, zaczytywała się w nim Maria Dąbrowska, a Jarosław Iwaszkiewicz nie, uważając, że to „Trędowata” A.D. 1954. Łotrzykowska, romantyczna ballada o powojennej Warszawie, widzianej raczej z perspektywy mrocznych spelunek i bazarów, w tym słynnego „Różyca” dostarczającego modnych ciuchów całemu miastu, niż pod kątem socjalistycznego entuzjazmu budującego nowy dom i na prawo most, na lewo most. Lekko przykurzony przez pewien czas „Zły” niedawno odżył: w 2009 roku Marek Kondrat (hm, coś jednak jest na rzecz z tą „Ekstradycją”) nagrał go w formie audiobooka, rok później warszawski Teatr Powszechny wystawił 175-minutowe przestawienie na podstawie powieści (w znakomitej, komiksowej oprawie plastycznej Marka Oleksickiego). W marcu tego roku ruszyły zdjęcia do długo oczekiwanej i dyskutowanej ekranizacji – na reżyserskim krzesełku zasiada Xawery Żuławski i obiecuje, że film będzie połączeniem kryminału noir oraz marvelowskich produkcji superbohaterskich. Pożyjemy, zobaczymy. I na tym powinnam zakończyć felieton, bo o Tyrmandzie właściwie nie pozostało w masowej wyobraźni wiele więcej – no, może jeszcze, że bikiniarz, kolorowe skarpety, jazz. Tymczasem jest to postać ciekawa, pełna wewnętrznych sprzeczności, fajny gość, ale też jakby hm, niezbyt.

BIKINIARZ?

Tyrmand urodził się w 1920 roku, w Warszawie, w rodzinie zasymilowanych Żydów (większość zginie w obozach koncentracyjnych, matka pisarza przeżyje i osiądzie w Izraelu). Ten biograficzny wstęp ma posłużyć do prostego wyliczenia: w latach 50., kiedy wśród młodzieży króluje bikiniarski styl (włosy uczesane w kaczy kuper, buty na grubej podeszwie, marynarki, wąskie, przykrótkie spodnie i kolorowe skarpety) Tyrmand młodzieżą już nie jest. Okej, dzisiaj mężczyzna 35-letni to nadal może być wesołym bywalcem kawiarni i przez cały rok nosić wełnianą czapkę oraz brodę, wiadomo, że dorosłe życie  zaczyna się po czterdziestce. Jednak kiedyś 35-letni pan za młodzieniaszka uchodził z trudem. Mariusz Urbanek, autor demaskatorskiego zbioru wspomnień „Zły Tyrmand”, cytuje Bohdana Tomaszewskiego, który twierdzi, że o ile „Lolo” rzeczywiście nosił kolorowe skarpety, to był raczej snobistycznym elegantem, który chciał zadawać szyku ubraniami szytymi u krawców, a nie podążającym za modą ulic bikiniarzem właśnie. Ale jeżeli chodzi o pogoń za młodością...

DEPRAWATOR?

„Dziennik 1954” uchodzi za najlepszą książkę Tyrmanda. Pisany przez trzy miesiące roku wiadomego zaczyna się od zdania „Rano ukorzyłem się przed Bogiem”, a kończy się w pół wersu. „Niemniej jednak --- ” i dalej nic. Tyrmand zajmował się nim w trudnym okresie życia: po dość burzliwych wojennych przeżyciach wrócił do Warszawy, zdobył pozycję jako dziennikarz specjalizujący się w sprawozdaniach z kulturalnych i sportowych wydarzeń stolicy, budował pozycję eksperta od jazzu, który wchłaniał „zanim to stało się modne”, czyli w 1938 podczas krótkich studiów w Paryżu (hipsterzy wszystkich epok, łączcie się!).

Dobra passa skończyła się po tekście w „Przekroju”, w którym Tyrmand piętnował stronniczość radzieckich sędziów podczas turnieju bokserskiego (próbowałam znaleźć informacje o samym turnieju, ale idzie mi to opornie, wszędzie ta sama pusta fraza – jeżeli coś wiecie, Szanowni Czytelnicy, będę zobowiązana za pozostawienie komentarza). Przez chwilę pracuje w „Tygodniku Powszechnym”, ale w 1953 magazyn zostaje zamknięty, a Tyrmand dostaje nieoficjalny zakaz publikacji. Siedzi więc w mikroskopijnym warszawskim pokoju, w budynku zajmowanym niegdyś przez YMCA. Wszyscy wiemy – „it’s fun to stay at the YMCA”, ale pisarz bawi się średnio i daje temu dobitny wyraz na kartach dziennika, krytykując panujący ustrój, brudne ulice, brzydką pogodę i znajomych, wymienionych z nazwiska lub dość pobieżnie maskowanych inicjałami (jednak dopiero w 1965 „Życiem towarzyskim i uczuciowym” Tyrmand zdoła obrazić naprawdę wszystkich). Zbawienie przychodzi nagle – jest to zlecenie. Zlecenie z „Czytelnika”. Zlecenie, które zaowocuje „Złym”.

No dobrze, ale co z deprawacją? Już na pierwszych stronach „Dziennika” pojawia się Bogna, partnerka Tyrmanda. Okej. Potem Tyrmand idzie na wystawę do Zachęty, wspominając, że Bogna po skończeniu szkoły chciałaby studiować na ASP. Hm, że jak? Po skończeniu SZKOŁY? Owszem, ponieważ kochanką Tyrmanda jest szesnastolatka, której był (i jest) korepetytorem. Dobra, trochę niesmaczne, ale nie bądźmy małostkowi – czy to pierwszy raz młode ciało kusi ciało starsze, obyte w świecie i dość prestiżowe w pewnych kręgach? Nie. W „Dzienniku 1954” smutne jest coś innego - to, jak pogardliwie wyraża się o nastolatce Tyrmand. Dziecinna, nadąsana, roztrzepana, flądrowata (czyli nie dba o porządek i ład wokół siebie), kapryśna. I w dodatku może zajść w ciążę! („Żeby tylko nie zaskoczyła, żeby nie zaskoczyła” – modli się w jednym z wpisów Tyrmand, przerażony spóźniającym się okresem kochanki). Trudno zgadnąć, czego dostojny Leopold oczekiwał, wiążąc się z podlotkiem. Ponadczasowe zażenowanie budzi historia prywatki w domu dziewczyny. Tyrmand relacjonuje: „Bogna przestraszyła się mojego styku z jej szkolnym światem i mojej ryzykownej roli nawigatora pomiędzy tymi dwoma warstwami bytu. Ja zaś byłem uzbrojony do rozgrywki, że aż nie fair wobec przeciwników; sztruksowe spodni z „ciuchów”, angielska koszula, zamszowa kamizelka, doskonały fularowy krawat jeszcze z UNRR-y, juchtowe buty, autentyczne jitterbug-jive skarpetki w zielono-granatowe paski. Uśmiechnąłem się pobłażliwie do Bogny, przywitałem się z jej rodzicami w stołowym, po czym bez chwili wahania wskoczyłem na ring. (...) Bogna nie rozumiała, na co czekam. Moment ten przyszedł w końcu: z gabinetu posłyszałem muzykę, o jaką mi chodziło. Poszedłem tam, wyjąłem jednemu z chłopców cizię, powiedziałem: „Kolego, daj mi na chwilę dziewczynę, zaraz ci ją zwrócę i on wziął to prawidłowo za dowcip. A ja zacząłem tańczyć boogie-woogie (...). Po wojnie, w Oslo i Kopenhadze, amerykańscy żołnierze wybuchali w owacje, gdy czasem udało mi się podłapać równą partnerkę. Teraz też nie mogło być inaczej. Dziewczyna była drewno, ale można było z nią pokazać, co należało, kunszt ujawniał się na jej tle. (...) Płyta skończyła się, podziękowałem wszystkim grzecznie za miły wieczór, klasa Bogny była na mojej łasce: chłopcy podawali mi rękę z uniżeniem, ostentacyjnie uznali się za pokonanych”. Uff. Mocno skróciłam ten megalomański wywód, zajmujący trzy strony książki. Tak to właśnie Leopold Tyrmand, lat 34, dziennikarz i pisarz, odniósł historyczny triumf nad grupą szesnastolatków i z dumą utrwalił ten wieczór dla potomnych. Miły, młody człowiek, bez dwóch zdań.

EMIGRANT

W okolicach 1958 roku dobra passa literacka Tyrmanda dobiega końca. Kolejne powieści mają problemy z przejściem przez sito cenzury, wspomniane „Życie towarzyskie i uczuciowe”, opublikowane we fragmentach w tygodniku „Kultura”, wywołuje skandal, jego druk zostaje wstrzymany. Obrażony Tyrmand po wielu podaniach otrzymuje paszport i opuszcza Polskę, by osiąść ostatecznie w Stanach Zjednoczonych, wrócić do żydowskich korzeni, poślubić swoją solidnie młodszą studentkę i ogłosić się antykomunistycznym głosem sumienia Polski (i innych krajów – znane są jego słowa „Przybyłem do Ameryki, aby bronić jej przed nią samą”). W nawoływaniu do rozliczenia systemu nie przeszkadza mu fakt, że przebywając na początku wojny we Lwowie sam współpracował sumiennie z „Komsomolską Prawdą” (te podwójne standardy bardzo surowo ocenia Henryk Dasko, popularyzator twórczości Tyrmanda). Proces całkowitego zatrzaskiwania się w konserwatyzmie przerywa nieoczekiwana śmierć pisarza – Tyrmand umiera na zawał w wieku 65 lat.

Z tego felietonu wyłania się niezbyt sympatyczne oblicze „Lolka”. Trzeba jednak pamiętać, że życie osobiste, jakkolwiek rzutuje na odbiór literackiej spuścizny, nie może być wyznacznikiem jakości pisarstwa. Może nie cała bibliografia Tyrmanda przetrwała próbę czasu, ale z pewnością warto zagłębić się w świat przedstawiony „Złego” czy brnąć przez „Dziennik 1954”, chociażby dla takiej perełki: „Przechodzę znów na surową dietę. Uważam, ze to nie fair ze strony wątroby, te nagłe impertynencje i pogorszenia. Ale wątroba to nie jest gentleman, powiedział kiedyś Zbyszek Herbert i chyba miał rację. On się na tym zna”.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?