W.A.B, Małgorzata Glasenapp, Charles Fernyhough, foch.pl

Lustereczko, powiedz przecie - czy dobrze rozumiem swe dziecię?

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W SERWISIE FOCH.PL

Ostatnio ze zgrozą przedstawiałam książkę o wychowaniu dzieci w latach 60., dziś podzielę się bardziej optymistyczną publikacją, w której nikt nie straszy młodocianych diabłami i nie wlepia obowiązkowych dla dobrego rozwoju klapsów.

Generalnie praca i wychowane córki zajmują mi tyle czasu, że zostaje go niewiele na lektury poświęcone rodzicielskim sztuczkom (za to sporo na inne). Ale i tak mam swoje preferencje i nie lubię narracji opartych na przekonaniu, że życie powinno kręcić się wokół dziecka i że zabezpieczenie jego każdej potrzeby jest w każdej chwili najważniejsze, podobnie jak zrozumienie każdego pisku i grymasu. Nie zrozumcie mnie źle, jestem dobrą matką i bez mrugnięcia okiem zasiadam na cenną, wieczorną godzinę przy łóżku Grety, żeby śpiewać jej bez końca „Służyła sierota gdzie te cudze wrota”, bo akurat taką mamy fazę. Ale życie zazwyczaj wygląda tak, że jeżeli zaspokoimy czyjąś każdą potrzebę, to często własnym kosztem i słabo przysłuży się to też stronie ugłaskiwanej. Świat nie kręci się wokół naszych potrzeb, takie jest moje doświadczenie i to łagodnie staram się przekazać potomstwu, sztuk jedna.

Dlatego bardzo polubiliśmy z mężem reportażowy poradnik „W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Duckerman. Jestem sceptycznie nastawiona do adorowania francuskiego stylu życia, wszelkie dobrze ubrane Paryżanki i domy w Prowansji, które opanowały literaturę poświęconą stylowi życia budzą moją nieufność spod znaku „jeżeli jesteś piękny i bogaty, to możesz mieć całkiem miłe życie i napisać o tym książkę”. Ale może po prostu jestem głupia, zazdrosna i znałam złych Francuzów. Wracając do tematu, tutaj jednak jest coś na rzeczy. Filozofia wychowawcza streszczana przez Duckerman opiera się na miłości do dziecka i przyznawaniu mu dużej autonomii, ale w granicach jasno zarysowanych autorytetem rodzica lub opiekuna. Coś w stylu „możesz biegać po domu w pięciu spódnicach i wrzeszczeć jak opętana, ale kiedy wchodzi babcia, to przychodzisz się przywitać i nie przeszkadzasz w rozmowie”. Stosujemy takie metody w domu i na razie osiągamy dość dobre rezultaty, wzmocnione dyscypliną państwowego żłobka.

Nową pozycją na mojej liście hitów jest „Dziecko w lustrze. Świat dziecka od narodzin do lat trzech”, autorstwa brytyjskiego psychologa rozwojowego Charlesa Fernyhough'a. Pomimo populistycznej zagrywki wydawcy, umieszczającego na okładce zdanie „Dowiedz się, co myśli twoje dziecko, zanim nauczy się mówić”, nie jest to książka, której lektura pomoże nam w codziennym życiu z niemowlęciem lub cieszącym się złą sławą dwulatkiem, przynajmniej nie wprost. Autor nie skupia się na poradach, zamiast tego opisuje zachodzące w mózgu dziecka procesy poznawcze. Od pierwszych chwil są one niepojętym dla uporządkowanego myślenia dorosłego, spójnym na swój sposób, chaosem doznań odbieranych przez wszystkie zmysły na raz. Stopniowo następuje spajanie bodźców w określone bloki tematyczne, wyzwalające z kolei coraz bardziej dopracowane i przemyślane reakcje (polecam wspaniały opis tajemniczego zjawiska synestezji, która, jak się okazuje, jest powszechna u niemowląt za sprawą szczególnych właściwości kory mózgowej: „Zapach kocyka może jej się przedstawiać jako błysk światła. Światło dzienne docierające spoza zamkniętych powiek może być dla niej cichym szumem. Smaki mają kolory, a zapachy dźwięczą. W porównaniu z tym marzenia senne wydając się być nudne”).

Brzmi to bardzo poważnie, dlatego dla całkowitego dobicia drogich czytelników wspomnę, że tytuł odsyła do Jacquesa Lacana i kluczowego w jego psychoanalizie momentu, w którym dziecko w lustrzanym odbiciu po raz pierwszy prawidłowo rozpoznaje siebie, całościową istotę, będącą jednocześnie „sobą” i „Innym”, spójny twór osadzony w zewnętrznym wobec niego świecie. Lacan tutaj dopiero zaczyna, ale ja już skończę i powiem, co jeszcze podoba mi się w książce autora o niewymawialnym nazwisku (który najwyraźniej zdaje sobie sprawę z problemu i chytrze wplata w treść samouczek: fery-hou”).

Pomimo, że zapowiedziałam go naukowym żargonem, jest to w gruncie rzeczy dość łatwy w lekturze pamiętnik ojca - naukowca, który towarzyszy córce Atenie podczas pierwszych trzech lat życia, łącząc zawodową pasję i wiedzę ze zdumioną miłością rodzica. Oczywiście nie sposób zapamiętać wszelkich detali, które pojawiają się w tekście - gdyby ktoś dzisiaj, dwa miesiące po lekturze, zapytał mnie o szlak brzuszny i szlak grzbietowy, byłabym tak samo niekompetentna jak rok i dwa lata temu. Mam jednak wrażenie, że czytający tę pozycję rodzice po prostu znajdą właściwe dla siebie fragmenty, pomagające zrozumieć obecny etap rozwojowy dziecka.

Do mnie książka trafiła dość późno, Greta ma już ponad dwa lata, a przebywając do niedawna głównie z dorosłymi staje się typowym, przemądrzałym dzieckiem, które upadek zabawki kwituje lakonicznym „Och, niestety” zamiast żywiołowego „Bam!”. Dlatego ledwo załapuje się na przedział wiekowy zawarty w tytule, ale i tak kilka fragmentów przyniosło mi ulgę: na przykład ten o mówieniu do siebie, czy, ujmując temat bardziej profesjonalnie, o „mowie egocentrycznej”. Moja córka często bawi się sama w pokoju, a nieustanny szmer jej głosu, które stamtąd dobiega, pozwala przypuszczać, że jest opętana przez demona i rozegranie się w naszym mieszkaniu scenariusza znanego z dziesiątek horrorów jest tylko kwestią czasu. Jednak Fernyhough uspakaja: „Dzieci, które więcej mówią do siebie, rozwiązują zadania szybciej i dokładniej, nawet jeśli uwzględnimy również ich wiek i poziom inteligencji. Głośne mówienie do siebie pozwala dzieciom efektywniej myśleć”. Uff, czekam teraz tylko, żeby ktoś napisał, że nadal jest to w porządku kiedy ma się 32 lata i nie jest się w stanie ugotować obiadu bez zabawy w „Mam swój program kulinarny i teraz dodamy do zupy szczyptę świeżo starej gałki muszkatołowej, cudownie”.

Zrozumiałam też, że przerażenie podczas tygodnia integracyjnego w żłobku było bezpodstawne: dzieci nie chciały się bawić z Gretą w sklep (zarządzany moją dyskretną dłonią) nie dlatego, że wszystkie, co do jednego, były społecznie upośledzone - dla dwulatków taka zabawa jest jeszcze za trudna, bo bezbłędne odtwarzanie scenariuszy społecznych interakcji, niezbędne do takiej rozrywki, jest dla nich jeszcze przez chwilę nieosiągalne. Kiedy Greta wraca ze żłobka, a ja pytam „co robiliście?” i natykam się na głuchą ciszę, to też nie z tej przyczyny, że trauma bycia bez mamusi i tatusia wyczyściła jej mózg. Ona po prostu nie umie jeszcze umieścić siebie we wspomnieniach, nawet bardzo świeżych. Takich małych, cudownych odkryć, po których można westchnąć z ulgą, jest więcej i dlatego teraz bez opamiętania polecam tę książkę wszelkim znajomym spodziewającym się dzieci.

Pomijając wartości odkrywcze, opowieść Fernyhough'a jest po prostu urocza. Pozwala przypomnieć sobie czasy, kiedy nasze dziecko było takie małe, takie słodkie - nawet, jeżeli w rzeczywistości zazwyczaj obdarzało się w głowie to wymagające nieustannej uwagi stworzenie innymi epitetami („Przytulam ją, gdy pije, przyciskając usta do jej włosów jak wtedy, kiedy była malutka, i czuję ogromny ciężar poczucia winy. Czy naprawdę ją kocham, jeśli cały czas chcę, żeby dała mi spokój?”). Autor unika przy tym taniego sentymentalizmu - mała Atena jest wprawdzie cudowna, ale życie z nią nawet dla obeznanego w sztuczkach rozwijającego się mózgu naukowca bywa ciężką przeprawą: „Przytulałem ją, a ona wyrywała się z moich ramion z buzią pełną wrzasku. Z trudem udało mi się ją utrzymać, walczyła ze mną każdym mięśniem. (...) Chciałbym opisać, jak wyglądała w tej koszmarnej, zapiekłej złości, ale wyrzuciłem to z pamięci. Pewnie ewolucja programuje nas tak, żebyśmy zapamiętywali tylko dobre momenty; dobór naturalny preferuje wybiórczą pamięć. Dotknęła mnie, jak większość rodziców, niemal całkowita amnezja dotycząca krzyków, których musiałem wysłuchiwać, i nawet jeszcze głośniejszego wrzasku z mojego wnętrza: już nie mogę, nie dam rady, niech to się wreszcie skończy!”. Znamy to uczucie? No właśnie.

Ciekawe, przynajmniej dla mnie, jest też to, co ukryte między wersami. Otóż córką zajmuje się w pełnym wymiarze godzin ojciec, matka Ateny układa z nią puzzle i oczywiście pojawia się w rodzinnym pejzażu, ale głównie pracuje. Sytuacji tej nie jest poświęcone w tekście ani jedno zdanie - taki podziału rodzicielskich obowiązków jest przyjęty jako całkowicie naturalna sytuacja, niewymagająca wprowadzenia, wyjaśnienia, usprawiedliwienia. Nie ma też w „Dziecku w lustrze” cienia sytuacyjnego humoru spod znaku „facet sam z dzieckiem w domu i na mieście, do tego z dziewczynką”. Próbowałam sobie wyobrazić polską publikację utrzymają w takim klimacie i o ile nieobecność żarcików jeszcze mieści się w obrazie, to brak chociażby akapitu na temat „Matka bardzo żałuje, ale jest w pracy” wydaje się niemożliwy.

Autor ani razu nie wspomina też o płci mózgu, różnicach rozwojowych pomiędzy dziewczynkami a chłopcami, nawet nie zahacza o kultowe badania „noworodki żeńskie skupiają wzrok na twarzach, a męskie na przedmiotach, stąd kobiety są empatyczne, a mężczyźni zadaniowi”, których rzekome rezultaty (nigdy nie udało się ich powtórnie uzyskać, o czym pisze Lise Eliot w książce „Różowy mózg, niebieski mózg”) narobiły ludziom w głowach nieodwracalnych szkód. Idąc tropem Korczaka można by powiedzieć, że u Fernyhough'a nie ma dziewczynek i chłopców, są dzieci.

I tą złotą myślą zakończę dzisiejsze posiedzenie w kąciku mola książkowego, czas przeczyścić gardło i przystąpić do macierzyńskich obowiązków. „Służyła sierota gdzie te cudze wroooootaaaaa...”.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?