Lois Duncan, Zofia Kierszys, Marba Crown, foch.pl

Kurzojady - książki, których już nikt nie chce czytać

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W SERWISIE FOCH.PL

Aby płakać, skieruj wyobraźnię na siebie samego, a jeżeli ci się to nie uda, ponieważ nabrałeś zwyczaju wierzenia w świat zewnętrzny, pomyśl o kaczce, którą oblazły mrówki, albo o tych zatokach w Cieśninie Magellana, do których nie wpływa nigdy nikt. Julio Cortazar

Nazywam się Olga Wróbel i płaczę przy książkach, których NIKT już nie weźmie do ręki. Niepokoją mnie kawiarnie, w których półki i parapety wypełnione są takimi tomami. A bywa gorzej! W warszawskim Resorcie, będącym kiedyś Wedlem, gdzie rodzice zapoznali mnie z wiadomą mieszanką, jest bar zbudowany z książek spiętych stalowymi linkami. Bywa też najgorzej - pamiętacie San Marzano z woluminami przyciętymi do szerokości półek?

Po co książki w takich miejscach? Dla dekoracji? Do przejrzenia i pochichotania ze znajomymi? Nikt chyba nie oczekuje, że przeczytam powieść przy kawie albo będę wpadała na kolejne rozdziały? Te pytania prowadzą do głównej wątpliwości: CZY MOGĘ SOBIE COŚ ZABRAĆ? Powinnam pewnie zapytać obsługę, ale mogą powiedzieć, że nie i będzie nam wszystkim głupio. Szanuję Kafkę na Powiślu, z wagą i kartką, że kilogram książek kosztuje 10 zł i że to fundusz napiwkowy. Nigdy niczego stamtąd nie wzięłam. W innych wypadkach często upatrzoną zdobycz zabieram, chociaż mąż piorunuje mnie wzrokiem i niechętnie ustawia na półkach te dzieci z nieprawego łoża. Czasami odnoszę je potem na miejsce, czasami nie - trudno byłoby jechać do Żyrardowa, żeby oddać tego Braine'a, a okładka wręcz wołała z półki lokalnej cukierni „Uratuj mnie!”.

No właśnie. Ratowanie. Zgniatają mi serce te tony zmurszałej niepotrzebności. Widzę ludzi przy maszynach do pisania, z plamiącymi długopisami, ściskających wymarzone wydania w brzydkich okładkach na niemiłym w dotyku papierze. Udało się! Są PISARZAMI. Oto dowód, ślad dla potomnych. A teraz co najwyżej ktoś wyleje na ten ślad latte i to już koniec drogi, chlip. Chlip. Chliiiiiip.

Tak, wiem. Te książki są najczęściej złe i zasługują na swój los. Wystaje z nich podszewka, a fabuła rozłazi się w szwach. Ale posiadam supermoc bardzo szybkiego czytania. Nie kończyłam kursów - mam świetną pamięć wzrokową i poznaję wyrazy po kształcie, zdania też, nie muszę ich właściwie czytać. Dlatego uważam, że powinnam być wybawcą tych nieszczęsnych kurzojadów. Przynajmniej nie zajmuje mi to dużo czasu.

Korzystając z zaproszenia redaktor naczelnej przedstawiam książkę Lois Duncan Kto zabił moją córkę?” (wydawnictwo Mara Crown Ltd., rok 1994), nie dlatego, że jest świetna, ale dlatego, że ostatnio ją przeczytałam. Okładka zapowiadała wzruszenia, których poszukiwałyśmy z siostrą w namiotach z tanią książką, spędzając kolejne wakacje z rodzicami w Jastarni. Wykopaliska rekompensowały nam fakt, że kiedy takie wspaniałe publikacje zaczęły ukazywać się w Polsce (Złote litery! Tłoczenia na okładkach! Miłość, śmierć i horror!) byłyśmy za małe, żeby je czytać. A chciałyśmy.

Co mamy tutaj? Kaitlyn odwiedza rodziców, wspomina, że nie układa jej się z wietnamskim chłopakiem, nomen omen, Dungiem, i jedzie na noc do koleżanki. Telefon, Kaityn jest w szpitalu, została postrzelona w głowę prowadząc samochód. Umiera. Policjauważa, że to była przypadkowa strzelanina. Matka (autorka książki, jak się zapewne już domyśliliście) przy pomocy ducha Kaitlyn, spirytystów i prywatnych detektywów odkrywa, co stało się naprawdę.

Co w tej książce jest ciekawe? Jak na sensacyjno-nawiedzone dzieło jest wyjątkowo sprawnie napisana, planowałam używać jej przez tydzień jako lektury tramwajowej, ale w dwa wieczory było po wszystkim i cóż z tego, że za cenę fukania „Nie, niczego dziś nie obejrzymy, czytam”. Lois Duncan nie jest matką, którą tragedia popycha do pisania - jest pisarką, a ta książka to zadanie na czas żałoby. Ważna kwestia opromieniająca śmieciowe książki - internet. Googluję Lois Duncan, rzeczywiście pisze i jest znana - na podstawie jej powieści powstał słynny „Koszmar minionego lata”. Wspomina o ojcu fotografie - klik, klik i widzę jej piękne zdjęcia z młodości. Opowieść Duncan urywa się irytująco w momencie przełomu śledztwa (obiecała sobie zakończyć ją w drugą rocznicę śmierci córki) - kiedyś zgrzytałabym zębami, dziś na amerykańskich forach tropicieli niewyjaśnionych zbrodni znajduję na ten temat wszystko, łącznie ze zdjęciami krwi Kaitlyn na tapicerce samochodu i fotografiami ze szpitala, które niekoniecznie chciałam mieć w głowie. Oglądam żywą Kaitlyn i stwierdzam, że lata 80. jak mało które nie służyły kobietom - osiemnastolatka wygląda na 32 lata (średnia wieku z wewnątrzrodzinnej ankiety).

Wracam do wątku „dobrze napisana” - Duncan zdołała przerazić odrobinę mój zobojętniony setką horrorów mózg. Zapisy bełkotliwych rozmów z mediami, wiara w obecność energii zmarłych, śmierć w kwiecie wieku - jakieś to straszne takie, pytałam męża, czy na pewno drzwi do mieszkania są zamknięte i wspominałam niefortunne wakacje u babci. Tamtego feralnego lata przeczytałam wszystko, co ze sobą przywiozłam i babcia z radością wręczyła mi książkę ojca Czesława Klimuszko, zielarza i jasnowidza. A ojciec ze swadą pisał o znalezionych trupach i ich gnijących rękach wystających z worków w bagnie. Do końca wakacji zasypiałam dopiero o wschodzie słońca, licząc na to, że światło dnia uratuje mnie przed śmiercią, której okoliczności musiałby wyjaśniać ojciec Klimuszko właśnie. Nie pamiętałam o tej traumie, ale seanse spirytystyczne opisane przez Duncan sprawnie ją wywołały: „Będzie to co jest wiadome i ona będzie wiedziała, że to ma się stać a nie myślała, że to może być tak złe jak jest”. Brrr.

Co jeszcze? Dziwne tłumaczenie. Bohaterki mają periody, akceleratory w samochodach, a detektywi rozdają kartki firmowe - przypuszczam, że chodzi o miesiączki, pedały gazu i wizytówki. Raz-dwa-trzy, na me wezwanie - Wikipedia informuje, że tłumaczka Zofia Kierszys jest specjalistką od literatury angielskiej, przekładała Faulknera i Greene'a, a także z „mockingbird” zrobiła drozda. Czy to lewa ręka Zofii Kierszys tłumaczyła „Kto zabił moją córkę?”, podczas gdy prawa zajmowała się czymś poważnym? Którakolwiek to była, nie zawahała się zaznaczyć w przypisie swojej dezaprobaty. Lois Duncan cytuje Biblię w kontekście teorii „duszy rodziny” (nie chcecie wiedzieć). Kierszys podaje w przypisie źródło, List do Koryntian, ale z niesmakiem komentuje, że św. Pawłowi chodzi o coś zupełnie innego. Przypomina mi to świetnego kurzojada: „Egzorcyzmy Anneliese Michel” Felicitas D. Goodman, antropologiczne wyjaśnienie działania egzorcyzmów. Wydawca dodał do niej wstęp księdza, który pisze, że wszystko ładnie, ale Goodman nie rozumie, że szatan to OSOBA, a nie metafora zła i proszę o tym pamiętać, biorąc tym samym pozostałe 380 stron w porządny nawias.

Na koniec dwa odkrycia z kategorii „inne realia”. Duncan przeprowadza się z mężem do mieszkania w mieście. Niejako na marginesie wspomina, że musieli wyrzucić wszystkie pamiątki, rysunki dzieci i oddać psy i koty - na to jest miejsce w domu z ogrodem, jest zupełnie naturalne, że w mieście taki balast jest nie na miejscu. No i kwestia mafii wietnamskiej, odpowiedzialnej za zlikwidowanie Kaitlyn. W Polsce Wietnamczycy postrzegani są jako - uwaga, stereotyp - łagodni, sympatyczni ludzie, prowadzący bary i sprzedający koszulki. W Nowym Meksyku w latach 80. mafia wietnamska jest przerażająca: handluje narkotykami, wymusza odszkodowania po sfingowanych kraksach, pisze po murach i rozbija małżeństwa z miłości (tribute dla Topora). Gangi latynoskie są na usługach azjatyckich bossów, gromadzących się pod tajemniczym posągiem węża. Trudno sobie wyobrazić swojskich Wietnamczyków w tak demonicznej odsłonie.

Cóż, to chyba tyle. Lois Duncan na chwilę wyratowana z pojemnika z makulaturą. Teraz wiem o niej ja, Wy i czytelnicy bloga Kurzojady. W sumie czy to ważne, czy literatura jest dobra czy zła? Ktoś się cieszył pisząc, ktoś czytając, a ktoś recenzując.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz