Klementyna Hoffmanowa, foch.pl

Tej dobrej matce już dziękujemy - lektura Klementyny Hoffmanowej dwieście lat później

Angielska wieś ładna rzecz, ale jak bawiłabym się w porozbiorowej Polsce? Odejmuję sobie 10 lat (moje 32 kwalifikowałoby mnie do grupy dość zaawansowanej wiekowo) i sięgam po „Pamiątkę po dobrej matce” Klementyny Hoffmanowej, ogromnie popularną książkę dla młodzieży z 1819 roku (ciekawostka dla nerdów: jest to najstarszy eksponat w warszawskim Muzeum Książki Dziecięcej).

Fabuła w skrócie: pełna cnót matka umiera, bo w młodości nadszarpnęła swoje zdrowie zbytnią czułością (czyli zamartwiała się wszystkim i zżarł ją stres, przekładając na nasze). Pod opieką małżonka pozostawia syna, ale syn wiadomo, poradzi sobie w męskim świecie. Gorzej z Amelią, nastoletnią córką. Dla niej osuwająca się do grobu matka zdobywa się na ostatni wysiłek, spisując ponad 300 stron (!) pouczeń i przestróg, które, właściwie przyswojone, zrobią z wchodzącej w życie dziewczyny wzorową kobietę - czyli żonę, matkę i obywatelkę.

Z tego akapitu można w zasadzie domyślić się wymowy dzieła Hoffmanowej. Kobieta sama sobie po prostu nie poradzi, od pieluch aż do późnej starości musi być prowadzona poprzez świat, najpierw to zadanie spoczywa na rodzicach, potem na małżonku - dlatego nie jest źle, żeby był od wybranki porządnie starszy, z koniecznym doświadczeniem. Już w początkowych pasażach gasnąca matka nie szczędzi jadu emancypantkom, pisząc: „Znieść nie mogę, kiedy się jakiś głos nierozsądny odezwie i twierdzi, że źle iż kobiety są w tak szczupłym podług niego zamkniętym obrębie. Jego zdaniem równe mężczyznom powinny posiadać nauki, do rządu należeć, ledwie że nie pierwsze urzędy piastować, i chyba nie być kobietami. Szczęściem, umiejętniejszymi byli pierwsi prawodawcy świata i nikt już raz zaprowadzonego porządku odmienić nie zdoła”. Na naturalnym, danym od Boga prawie opiera się cały gmach filozofii wychowawczej Hoffmanowej - należy reprodukować zastane wzorce i nic przy nich nie majstrować, bo kobiecość i męskość są tworami idealnymi, niezmiennie trwającymi w czasie, a z nimi trwa społeczny ład i zgoda.

Jaka powinna być młoda kobieta w 1819?

Przede wszystkim wytrenowana do skromności, posłuszeństwa i cierpliwości. Słowo „trening” nie pojawia się tu przypadkowo. O ile Hoffmanowa słowami narratorki co chwilę chwali naturalne uwarunkowania kobiecej płci, to jednak przyznaje, że młode istoty potrafią być krnąbrne, kłótliwe, samowolne, obdarzone zbyt wielkim mniemaniem o swoich możliwościach. Takie tendencje czujna matka powinna tropić i eliminować dla dobra córki - nawykła do ulegania dziewczyna lepiej będzie znosiła swój przyszły los i uzna go za jedyne możliwe przeznaczenie, rozpoznając niewłaściwość kapryśnych roszczeń. „Od pieluch w podległości żyjemy, najmniejszy upór surowo u nas karany, bo co w chłopcu jest zaletą, dumna i niepodległa dusza, w dziewczęciu źródłem nieszczęść stać się może”.

Możliwości intelektualne kobiety poddane są surowej ocenie. Hoffmanowa nie wierzy w rozwijanie umysłu jako wartość samą w sobie (co w świetle jej biografii brzmi dziwnie, jest bowiem pierwszą Polką utrzymującą się z pracy twórczej i pedagogicznej). Można się kształcić, ale tylko trochę i głównie w celu nabycia praktycznych umiejętności. Na pewno nie należy się wiedzą chwalić, gdyż „skromna tylko niewiasta bezkarnie umiejętną być może”. Autorka na każdym kroku podkreśla, że młoda kobieta powinna czytać mało i tylko rzeczy wartościowe, unikając romansów, które rozbudzają nierealne namiętności. O ile mężczyźni mogą z ksiąg czerpać naukę i pociechę w momentach życiowego kryzysu, kobiety są na to zbyt słabe. Dlatego powinny zająć się pracą - ale, hahaha, na pewno nie zawodową (pracujące kobiety pojawiają się w „Pamiątce...” tylko jako osoby z zewnątrz - guwernantki i służące. Nie wiadomo, skąd się właściwie biorą, ale jest jasne, że z jakiegoś gorszego świata, którego Amelia nigdy nie odwiedzi).

Prawidłowe zatrudnienie daje dom - i bez trudu jestem w stanie uwierzyć, że prowadzenie gospodarstwa prawie 200 lat temu potrafiło skutecznie wypełnić życie. Na wszelki wypadek Hoffmanowa poucza jednak, że rzeczy wykonane samodzielnie są lepsze od kupionych, więc w wolnych chwilach należy zająć się produkcją odzieży, przetworów i tym podobnych - na użytek domowy. Niepożądane jest wyręczanie się piastunkami przy opiece nad potomstwem - trzeba karmić piersią (terror laktacyjny trwa od wieków!) i pamiętać, że każde dziecko, pomimo srogiego bólu towarzyszącego porodowi i dodatkowych obowiązków, które wiążą się prawidłowym wychowaniem, podwaja życie matki. Dziwna to arytmetyka, ale odpowiadająca złotej myśli narratorki „Matematyki niech zna kobieta tylko tyle, żeby nigdy z prostej nie zboczyła linii”.

Ważny w układaniu dzieci jest rys patriotyczny. Znajomość języków obcych może być ozdobą, ale nie wolno zastępować nimi ojczystej mowy, a chłopiec nie powinien mieć zagranicznych nauczycieli, którzy skłonią go do formowania myśli w obcych wyrazach. Jeżeli dziewczę ma ładny głos, może śpiewać w towarzystwie, najlepiej pieśni narodowe. Z tańcem należy natomiast uważać - zbytnio ekscytuje. Autorka przestrzega przed modnymi sukniami o greckim fasonie, nieodpowiednimi dla naszego surowego klimatu (ten najwyraźniej nigdy Polek nie rozpieszczał), a także przytacza przerażającą historię dziewczyny, która dużo tańczyła na balu, po czym stanęła w przeciągu i natychmiast zmarła. Najpierw niepomiernie się tym ubawiłam, ale czy słusznie? W 1819 zapalenie płuc często kończyło się w grobie, podobnie jak wiele innych infekcji, na które dziś nawet nie zwracamy uwagi.

Na razie mamy ograniczenia, ciężką pracę i śmierć z banalnych przyczyn. To może chociaż miłość? Co z Wrońskimi, Wokulskimi, Darcymi i ogólnie, Heathcliffami? Hoffmanowa dobrodusznie podsumowuje pęd kobiet do małżeństwa: „Do czegóż się tu spieszyć?” Młoda panienka ma swoje obowiązki, ale odpowiedzialność za nią spoczywa na rodzicach. Mężatka sama musi stawiać czoła światu, bo mąż jest jak Bóg - czuwa i wymaga, ale z daleka. Prowadzenie domu, rodzenie dzieci i ich wychowywanie, obowiązki towarzyskie. Gdzie w tym wszystkim miłość? Hoffmanowa otwarcie nazywa małżeństwo jarzmem i dodaje, że mężczyzna tylko w okresie zalotów jest niewolnikiem kobiety. Potem na zawsze wraca do roli pana. I całą trzeźwość tego osądu psuje fakt, że narratorka uważa taki stan rzeczy za - domyślacie się już? - niezmienne prawo natury, z którym nietaktownie byłoby się spierać. Jeżeli chodzi o miłość w wydaniu romansowym, to zdecydowanie nikomu jej nie poleca, upominając „Nie wymagaj od męża starań kochanka”.

Czy coś z pouczeń Hoffmanowej broni się po niemalże dwóch stuleciach? Tak, zasady dotyczące ogólnoludzkiego współżycia (które oczywiście trzeba kobietom dobrze wbić do płochych głów, bo mężczyźni znają je ot tak, sami z siebie). Nie plotkować. Nie uważać każdej panny za serdeczną przyjaciółkę po tygodniu znajomości. Nie robić długów. Żyć w prostocie i spokoju, unikając nadmiernych wzruszeń. Nie śmiać się z własnych żartów. Codziennie się myć.

Na koniec pozostaje pytanie, jak czytać takie materiały po latach („Pamiątka po dobrej matce” dostępna jest online w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, nie przegapcie też „Wiązania Helenki”, książeczki przeznaczonej nie dla fetyszystów, ale dla trzylatek). Wyśmiewanie konserwatyzmu Klementyny Hoffmanowej z jednej strony wydaje się być anachronizmem. Z drugiej - Narcyza Żmichowska, współtwórczyni „Entuzjastek”, pierwszej polskiej grupy feministycznej, krytykowała poglądy swojej wychowawczyni, uznając je za wsteczne, nie idące z duchem czasu, odpowiadające męskiemu widzeniu świata i męskim właśnie interesom służące. I łatwo byłoby włożyć spór obu pań do teczki „ciekawostki dla polonistów”, gdyby nie to, że wiele z uwag Hoffmanowej na temat wychowania dziewczynek bardzo dobrze ma się i dzisiaj - czy nie słychać głosów, że od córek zawsze wymaga się więcej niż od synów? Czy nadal nie pokutuje przekonanie, że kobieta ma być ładna, miła i łagodna, a złośnicom zawsze różne ciotki-klotki będą prawiły morały? Czy umiemy chwalić siebie i cieszyć się ze swoich osiągnięć, czy według życzeń pani Klementyny czekamy, aż inni zauważą i docenią, bo samej jakoś tak głupio i nie wypada? Właśnie.

Na zakończenie dodam, że mimo niechęci do bycia kobietą ze snu Hoffmanowej, i tak miałabym szczęście, gdybym załapała się na taki los. Znając mgliście historię mojej rodziny, bardziej prawdopodobne, że byłabym pańszczyźnianą chłopką, harującą na polu i kończącą życie nieudanym porodem. Dlatego ostatecznie za maszynę czasu bardzo dziękuję, proszę jej dla mnie nie budować.

(Uwaga techniczna: ze względu na wygodną lekturę podciągnęłam w cytatach ortografię Hoffmanowej do współczesnych wymogów. Jednak polecam zajrzeć do oryginału, żeby zobaczyć, jak pisało się 200 lat temu, odkryć, co oznacza „dziecię przyrodzenia” lub gdzie kobieta ma „przyjemny organ” - od razu ostrzegam: nie tam, gdzie wam się wydaje).

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Skąd się biorą dzieci? Podaj miasto