Joanna Fabicka, Agora, Mariusz Andryszczyk

Joanna Fabicka, "Rutka"

Patrząc na okładkę pomyślałam: wreszcie ruda alternatywa dla Borejkówien. Ale „Rutka” to książka z innej półki. Dziesięcioletnia Zosia nie może doczekać się końca wakacji – nigdzie nie wyjechała, mama pracuje w innym mieście i nie ma dla niej czasu. Ostatni tydzień przed rozpoczęciem szkoły Zosia spędza pod opieką ciotecznej babki, której nigdy wcześniej nie spotkała. Wiekowa pani nie jest jednak zwyczajną staruszką: jeździ na wózku inwalidzkim (okej, to nie jest aż tak wyjątkowe), pali fajkę i potrafi wypluć czereśniowe pestki uszami. Wraz z jej przybyciem na opuszczonym bałuckim podwórku zaczynają dziać się tajemnicze rzeczy – w zrujnowanej oficynie pojawia się Rutka, dziewczynka z innych czasów, czekająca w pustym mieszkaniu na powrót rodziny, która nigdy nie wróciła z podróży pewnym pociągiem…

Dorosły czytelnik znakomicie wie, o co chodzi, dokąd pojechali rodzice i braciszek, czemu Rutka mówi w dziwnym języku i stara się nie rzucać w oczy. Łatwo też domyślić się, kim jest starsza pani opiekująca się Zosią – scena, w której urządza szabasową kolację dla dziewczynki, którą kiedyś była, ściska za serce. Fabicka opowiada tę historię subtelnie, bez konkretów – kto ma wiedzieć, ten wie. Natomiast zastanawiam się, jak tę książkę odbierają dzieci (niestety moja potomkini w wieku lat prawie czterech nie nadaje się na grupę testową). Czy rozumieją przyjaźń dwóch dziewczynek na podstawowym poziomie? Czy książka powinna być wstępem do poważnej rozmowy o wojnie i o tym, co stało się z Żydami? Nie bardzo wyobrażam sobie to w praktyce – chodź, dziecko, poczytamy sobie przed snem. Nie rozumiesz o co chodzi z pociągiem? No cóż, były takie czasy, że jedni ludzie pakowali drugich do wagonów i palili potem w piecach. To właśnie stało się z rodzicami Rutki i z jej braciszkiem. Z jednej strony – poważne tematy, z drugiej – bajkowość spod znaku Mary Poppins, ożywające jedzenie w sklepie, bezgłowy kurczak jako domowe zwierzątko, wymieszane porządki realności i marzenia. Trudno mi dopasować tę książkę do grupy wiekowej – dziesięciolatki to chyba trochę za nisko, dla starszych nastolatków pasaże bajkowe będą zbyt dziecinne. „Rutka” na pewno nie jest książką, z którą można zostawić dziecko samo, bez objaśnienia. Wyobrażam sobie, że w innych czasach (ciekawe w jakich) byłaby to znakomita lektura szkolna, pomost pomiędzy lekcją polskiego a historii. W obecnej sytuacji będę z ogromnym zainteresowaniem śledziła recenzje i odbiór „Rutki”, książki sprawnej warsztatowo i odważnie mierzącej się z trudnym tematem.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czego katastrofa następuje u Haliny Snopkiewicz?