Michał Alenowicz, Wiatr od morza, Matthew Kneale, Krzysztof Filip Rudolf

Matthew Kneale, "Anglicy na pokładzie"

ardzo chciałam tę powieść przeczytać i bardzo ucieszyłam się, kiedy wydawnictwo Wiatr od Morza dostarczyło ją w kartonowym pudełeczku, w dodatku z biegnącym przez grzbiet książki napisem „egzemplarz recenzencki”. Jak to się ładnie komponowało w tramwajach, patrzcie, ludu stolicy, jadę do pracy pracując! Czytam, by recenzować! Tak, jestem dziecinna, narcystyczna i lubię takie drobiazgi.

Książka. Znakomicie się wchłania. Jest zabawna w angielski, pickwickowski sposób, przerysowując większość bohaterów i ich motywacje autor uwypukla tragiczny los postaci, które muszą żyć według wizji świata kolonizatorów i innych pajaców, naiwnie wierząc w możliwości ocalenia swoich ścieżek. I tu trochę trudno oddzielić mi obiektywne od subiektywnego – skończyło się kulturoznawstwo, trochę interesowało się światem – dlatego nie zaliczam do osobistych plusów tej lektury całego wachlarza treści z półki „co biali ludzie robili z nie-białymi ludźmi w koloniach i nie tylko, a także uwagi o systemie penitencjarnym”. Wiem jednak, że to jest ciekawe i szokujące, kiedy słyszy się o tym pierwszy raz. Także obiektywny plus. Dla odmiany nigdy nie spotkałam się z tekstami o celtyckim języku mańskim ani ze specyficzną, związaną z żeglarstwem, kulturą wyspy Man – i to było ciekawe, całe dnie recytowałam w głowie swiney, lonnag, fritlag, gorm, fascynując się fragmentami o konserwacji statku, mapach i nawigacji. Plus subiektywny.

Jedyne, co mnie uwiera, to wspomniany już na Kurzojadach dziwny pomysł z przypisaniem każdego narratora (a jest ich 21) innemu tłumaczowi. W oryginale podziwiałabym maestrię Matthew Kneale’a, który potrafił zróżnicować język swoich postaci i oddać w nim rozterki żony gubernatora, zapraszającej Tasmańczyków na przyjęcie, palącą potrzebę doktora Pottera, by z autochtonów uczynić muzealne eksponaty, jak i głos mieszkańca „Ziemi Obiecanej”, skażony naleciałościami kolonizatorów, odtwarzający swój świat w ich kategoriach . Chciałabym zobaczyć tę sztuczkę powtórzoną przez JEDNEGO tłumacza ku mojej uciesze. Tutaj każdy rzeźbi stylistycznie swój kawałek, bez konieczności mierzenia się z odmiennymi wyzwaniami. Bardzo to szlachetne, ale całkowicie puste – tymczasem wydawnictwo uczyniło z translatorskiej mnogości jedną z osi promocji książki.

Którą polecam. Chciałam od razu zachwycić nią mamę, ale wrzasnęła, że małe literki. Dalekowidze, straszne plemię.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Całe jej życie opisała Helena Boguszewska