Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Eleanor Catton

Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"

Skończyłam. Plusy: miesiąc czytania, nie mylić ze ślizganiem się wzrokiem po tekście, uczucie zanurzenia w świat przedstawiony, które rzadko mi się zdarza, odkąd skończyłam 14 lat. Elegancki język, wspaniałe opisy, nieprzewidywalna intryga, posiadam też teraz sporą wiedzę o gorączce złota w Nowej Zelandii. Fabuła precyzyjnie skonstruowana na planie zodiaku, jeżeli wierzyć recenzentom interakcje między bohaterami są zdeterminowane przez relacje ciał niebieskich. Sama nie jestem w stanie tego przeniknąć, ale wzrusza mnie taka koncepcja, bo piękne brzmi, co przekłada się tez na tytuły części powieści, np. "The House of Self-undoing". Rozdziały skracane z matematyczną precyzją odzwierciedlającą fazy księżyca. Stopniowe przenoszenie akcji z samych rozdziałów do poprzedzających je wprowadzeń (jak się coś takiego nazywa w literaturze, streszczenie rozdziału pod jego numerem, a przed właściwą akcją?)

Minusy. I znowu, tak jak w przypadku "Niebieskich pigułek", to nie dowód na słabość "Luminarzy", tylko uprzedzenia czytelnika model "Olga Wróbel". Postaram się nie spoilować, lecz. Historia miłosna, która na pewnym poziomie zamyka wszystkie wątki. Mam wrażenie, że jej bohaterowie zbyt długo są przedmiotem rozmów innych, nie mówiąc za siebie, żeby potem się nimi przejąć. Mnie irytują, a cała ich historia wydaje mi się po prostu głupia, a że zajmuje finałowe 150 stron, to zamknęłam książkę z pewnym niesmakiem. Przywiązałam się bardziej do reszty postaci, które znikają w końcowej retrospekcji. Przez pewien czas miałam też autorce za złe sprzeczne i nie do końca jasne postępki niektórych postaci oraz ich mało progresywny charakter, ale myśląc o tym w kontekście księżycowej konstrukcji jestem w stanie zaakceptować, że widzimy ich w pewnej fazie, a inne ich strony pozostają zaciemnione. Jednak w powieści grającej z konwencją XIX-wiecznego realizmu i wszechwiedzącego narratora jest to uderzająco dekoncentrujący zabieg. Co w sumie dobrze robi na myślenie.

Na koniec coś, czego jednak Catton nie mogę wybaczyć. Astralne bliźnięta. Czemu. Za co. Czy sceny z zaginionym pociskiem naprawdę nie można było sobie darować?

To rzekłszy, zabieram się do przeżucia kilku klasycznych kurzojadów, a potem będzie Faludi i "Reakcja".

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?