Smak Słowa, Herbjorg Wassmo, Ewa M. Bilińska

Herbjorg Wassmo, "Stulecie"

Rozpoczynam festiwal wstydliwych sekretów literackich. Otóż lubię czytać – powiedzmy w proporcji raz na 10 książek – powieści, przy których nie muszę łamać sobie głowy nad formą. Takie, żeby wziąć je do ręki, a lepiej do obu (na wszystko powyżej 500 stron miłym spoglądam okiem), poznać postaci i czytać, dobrze też, żeby zajęło mi to ponad dwa wieczory (tęsknię za czasami dzieciństwa, kiedy jeden Nienacki starczał na tydzień wakacji). „Stulecie” Herbjørg Wassmo jak najbardziej mieści się w tym kryterium, oferując też inne poważane przeze mnie elementy:

- wielopokoleniowa historia rodzinna opowiadana poprzez losy kobiet. Cztery bohaterki, cztery szanse, żeby którąś z nich obdarzyć sympatią i dokonać dziecinnej identyfikacji (można wszystkie). To tak na pociechę dla znajomej, która zachęcona do lektury zapytała z wahaniem „A czy one nie są w typie Krystyny, córki Lawransa?” 
- miłość. Otóż bohaterki żyją w prawdziwym świecie, gdzie miłość czasem występuje przez jakiś czas, ale generalnie to powiem wam, że niekoniecznie. I większość życia zajmują inne sprawy, a nie marzenia o kochankach. Są dzieci do urodzenia, dom do ogarnięcia, śledzie do zasolenia. A jeżeli jest już czas na fantazje, to o niespełnionych ambicjach i ograniczających rolach społecznych. Przy tym wszystkim romanse jednak występują i jeden nawet mnie wzruszył.
- Norwegia. Od czasów „Dziewczęcia ze Słonecznego Wzgórza” (wspominanego zresztą u Wassmo) wciągam wszystko, co zawiera fiordy, morze i życie na wsi w rytmie pór roku (oprócz Hamsuna, ale w nim specjalizuje się kolega Zgierski, więc dla mnie zostaje „Saga o Ludziach Lodu, tak to działa, naprawdę). 
- tło obyczajowe – check! W programie: rozwój Oslo, protesty robotnicze i II wojna światowa. 
- fabuła wciąga. Żeby móc czytać dalej i już wiedzieć, wreszcie wiedzieć, wiedzieć wszystko natychmiast, opanowałam nowy skill: umiem śpiewać córce trzy zwrotki kołysanki „O kwiatku” bez przerywania lektury. Oczy co innego, usta co innego, a mózg bezbłędnie tym dowodzi.

Do faktu objawionego mi z tyłu okładki, że autorka opowiada losy swojej rodziny, odnoszę się tak, że jak coś jest książką, to jest fikcją. Co nie znaczy, że bagatelizuję odwagę poruszenia „tego wątku” (nie powiem którego, mąż mi niechcący zdradził, przeczytawszy wywiad z Wassmo z „Wysokich obcasach” i nie było już tak fajnie). 
Jedyny minus: wszystkie opowieści, zgrabnie przeplatające się w czasie, zostają domknięte – nie mam tylko pojęcia, co stało się z Sarą Suzanne i jej małżonkiem. Wzmianki są, klarownego zamknięcia, pasującego do pozostałych, nie ma. Chyba, że coś przeoczyłam, zawodząc „Bywaj mi bywaj, kwiatku poranny”.

Teraz książka wybiera się na tournee po rodzinie, czyta mama, będzie czytać babcia. Polecam na wakacje i wieczorne relaksy.

W następnym odcinku „Wstydliwych sekretów” – książki o jedzeniu.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej