W.A.B, Marta Masada

Marta Masada, "Święto trąbek"

Z redaktor Wróbel prowadzimy niezbyt ożywione dyskusje o literaturze. Często pojawiają się w nich takie wątki jak śmierć pod stertą książek, ustawa zakazująca powieści powyżej 250 stron i dylemat moralny - czy nie zacząć czytać po prostu dobrej literatury a tą słabszą skazywać na wieczne nieprzeczytanie?

Jakiś czas temu dość nieopatrznie zgłosiłem swój akces do lektury książki "Święto Trąbek" Marty Masady. Redaktora Wróbel przekazywała mi ją ze stoickim spokojem i kamiennym wyrazem twarzy, co wziąłem za dobrą monetę. Nie spodziewałem się, że chodzi o obol dla Charona.

Mój ostatni komentarz wygłoszony na temat tej niezwykłej pozycji brzmiał:

"spadam, ostatni wieczór z Masadą
i NIGDY kurwa więcej"

Słowo się rzekło, kobyła u płota, przeczytałem 303 z 636 stron i naprawdę nie pamiętam, kiedy czytałem aż tak złą książkę. Opowieść, którą snuja Masada, to historia pretensjonalnej teatrolożki, Zuli, która ma romans z reżyserem o nazwisku Wrzeszcz, który ją rżnie (nie, oni się nie rżną, on ją rżnie - to różnica niezwykle istotna dla tej książki), potem rżnie ją Rafael w Nowym Jorku (młody rzeźbiarz) a potem nie wytrzymałem i skończyłem czytać. Autorka wróciła ze wspaniałego, rozedrganego (czy jakoś tak) Nowego Jorku a ja z przyjemnością wylądowałem nad “Bólem” Shalev.

W "Święcie trąbek" dzieje się niewiele - bohaterka chodzi od punktu A do punktu B i rozmyśla nad swoim życiem. A, że w życiu tym najważniejsze są dla niej wydarzenia z okolic krocza, to w przeważnie bohaterka albo akurat jest po orgazmie, albo przed, albo z powodu dłuższej przerwy w tymże, desperacko go poszukuje. Przy okazji autorka wstawiła do książki dziesiątki przemądrzałych rozmyślań nad kwestiami światopoglądowymi, politycznymi, socjologicznymi itd. Gdyby chociaż odkrywcze i ciekawe. Nie. To jest pseudoliteracki bełkot; fakt, że ktoś potrafi napisać setki zdań układających się w jako tako logiczną całość nie czyni z niego pisarza, a co najwyżej osobę piszącą. Niestety piszącą. Na przykład takie coś:

“Sceny w głowie sprawiają mi przyjemność. Myśli o Romanie powracają jak objawy wirusa, którego nie mogę się pozbyć z organizmu. Coś niezdrowego jest też w łatwości, z jaką balansuję między wizją śmierci a obrazem miłości, między krzykiem konania a krzykiem rozkoszy. Bo przecież Eros i Tanatos owszem, ale nie Eros i Zagłada.”

Umówmy się - ja się spodziewam, że sporej części czytelników i czytelniczek ten akapicik może się spodobać. I ja to rozumiem, ale propagowanie takiej literatury to jak zachwalanie disco polo jako muzyki na pogrzeb czy promocja cukru dla najmłodszych obywateli i obywatelek. Szkoda tylko, że to disco polo wyszło w wydawnictwie, z którego wciąż dostajemy dziesiątki wybitnych tytułów.

To co mnie zasmuciło, to fakt iż książkę polecają: Katarzyna Bonda ("Mistrzowskie połączenie błyskotliwości, erudycji i obsceny"), Łukasz Orbitowski ("Znakomite") i Marcin Wilk ("Ta książka powinna być naszym towarem eksportowym"). Przepraszam, ale wciskanie czytelnikom bzdur w blurbach ma swoje granice. Książka jest mistrzowska - naprawdę niesamowity wysiłek włożyła Autorka w to, by wydobyć z siebie tysiące słów i ułożyć je w kwiecisty opis wszystkiego. Eksportowych towarów książkowych mamy całkiem sporo i najgorszym, co możemy zrobić to jest promowanie polskiej literatury tym bełkotliwym, pretensjonalnym, spóźnionym o kilkanaście lat badziewkiem.

Jedna z bohaterek książki Marty Masady mówi: "Najgorsze w literaturze są oniryzm i metafizyka. A, i jeszcze choroba psychiczna". Nie. Jest jeszcze jedna, gorsza rzecz - autorzy i autorki, którzy chcą napisać powieść i zapominają, że pisanie to nie jest potwierdzanie własnej zajebistości i pseudoerudycji a pokorna praca w służbie czytelnikowi.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?