Wydawnictwo Literackie, Antonina Żabińska

Antonina Żabińska, "Ludzie i zwierzęta"

Wydawnictwo Świat Książki ofiarowało mi „Azyl” Diane Ackerman, więc zupełnie naturalna była decyzja o odłożeniu go na półkę i sięgnięciu po autobiografię Antoniny Żabińskiej wznowionej przez Wydawnictwo Literackie.

Autobiografia jest słowem nieco na wyrost: Żabińska opisuje dekadę 1939-1949. Nie dowiemy się zbyt wiele o jej życiu sprzed objęcia stanowiska „żony dyrektora warszawskiego ZOO”: kim była, jakie było jej zaplecze społeczne, jak właściwie poznała Żabińskiego i zdecydowała się na dzielenie z nim zoologiczno-organizacyjnej pasji. Dostajemy za to mocną, spójną narrację o wojennych doświadczeniach ogrodu zoologicznego i ludzi z nim związanych.

Wspomnienia spisywała Żabińska na podstawie notatek. Nie ma tu więc chaosu, ani formalnego ani emocjonalnego. Wszystko się już wydarzyło, zostało przez pamięć obrobione, wygładzone, podporządkowane wewnętrznej, spójnej narracji o życiu wypełnionym pracą i niesieniem pomocy potrzebującym. Jan Żabiński od początku wojny jest aktywny w konspiracji, a Antonina go w tym wspiera – ale nie jako oficjalna współdziałaczka, tylko jako żona godna swojego męża. I to jest w tej książce szalenie ciekawe: Żabińska opisuje siebie, swoje bohaterstwo, wyłącznie przez pryzmat męża. To na nim skupia się światło wspomnień: on pomaga Żydom wydostawać się z getta, on organizuje ich dalsze losy. Ona po prostu jest przy nim, pełniąc funkcję żony i człowieka z najwyższym oddaniem i poczuciem obowiązku. Ludzie są w niebezpieczeństwie, trzeba ich ratować. Grozi za to śmierć? Trudno, trzeba bardzo uważać i mieć nadzieję, że jakoś się uda.

Są w tej książce dwa uderzające fragmenty. W pierwszym Antonina pod nieobecność męża w niezwykle sprytny sposób zapobiega wejściu gestapo na teren willi, pełnej nielegalnych mieszkańców. Lokatorzy uważają, że Jan nie docenia jej inteligencji i uważają, że teraz ich opiekunka zbierze zasłużone pochwały.

„Niech no tylko wróci Żabcio, oko mu zbieleje, kiedy się dowie jaka jest naprawdę jego Punia! Zacierano ręce z satysfakcją i uciechą. Śmiać mi się chce, gdy sobie przypomnę happendowy epizod. Podczas kolacji Jan wysłuchał uważnie do końca naszego sprawozdania, pomilczał trochę, spojrzał na mnie i zabrał głos, żeby nie tyle może przysłowiowym kubełkiem zimnej wody, co paroma jej szklankami oblać podniecone audytorium. Trudno mu jednak nie przyznać racji, bo hipoteza jego była jak zawsze trzeźwa i rozsądna. 
- Że nasza Punia jest Wunderkindem – orzekł – rzecz to znana. Trochę mnie nawet dziwi wasz entuzjazm, bo jej zachowanie nie powinno było stanowić dla was niespodzianki. Postaram się to jakoś ująć przyrodniczo albo psychologicznie.
(…) Słuchałam prelekcji mężowskiej ze zdumieniem; rozwodzi się nad moimi talentami, chwali mnie w obecności innych?! Rzecz niesłychana! Co prawda nie podejmuje tematu wyjściowego, ale jednak! Mówi o mnie serio! A ja przywykłam już do honorowego przydomka „głuptas”, którym szczodrze okraszał swoje częste pokpiwania”.

Tutaj następuje czterostronicowy wywód Jana (Żabińska tłumaczy się potem, że ta dygresja narusza proporcje konstrukcji tekstu, ale uznała, że jest ważna), w którym to znakomity zoolog tłumaczy, że żonie udało się zapobiec katastrofie nie tyle dzięki inteligencji, co dzięki instynktowi, umiejętności zwierzęcego niemalże wyczuwania emocji wroga, wreszcie – dzięki swojej nordyckiej urodzie, przemawiającej do niemieckiego poczucia estetyki. „Nie sądźcie jednak, że chcę odbrązowić naszą bohaterkę; tak czy inaczej spisała się niegłupio i nie po babsku, rad jestem, że można na niej polegać, to grunt! Ale uwzględniając prawdopodobieństwo zdarzeń, wolę zająć stanowisko trzeźwego sceptyka, wolę nawet pozę cynika, uważam to za zdrowsze od łatwej egzaltacji z byle powodu, z powodu, na przykład, doniosłości czynów własnych lub bliskich mi ludzi, która musi razić poczucie dobrego smaku!” – kończy Jan. TAK CZY INACZEJ SPISAŁA SIĘ NIEGŁUPIO. Ech, Janie.

Druga scena następuje po wojnie, kiedy Jan, ciężko ranny w powstaniu, wraca z oflagu. Co robiła Antonina, kiedy go nie było? Z kilkunastoletnim synem i niemowlęciem na ręku zabezpieczyła dokumentację ogrodu, opuściła Warszawę, przetrwała na prowincji, a potem z niesamowitym uporem walczyła o zabezpieczenie terenu ZOO i funduszy na jego odbudowę. Co robi Jan?

„Kiedy dzieci zasnęły, powiedział do mnie, patrząc mi przenikliwe w oczy:
- Najdroższa Puniu, do śmierci nie zapomnę tego, coś zrobiła. Jadąc tu byłem przekonany, że przejmę na siebie obowiązki męża i ojca i zapewnię ci spokojną przyszłości. Nigdy nie brakowało mi zaradności. Ale tym razem… nie ręczę… Chciałbym zadać ci jedno pytanie: koledzy z Holandii i Francji za pośrednictwem angielskich władz proponowali mi pracę w którymś z ich ogrodów. Wyjazd nie jest niemożliwy. Chciałbym wiedzieć, jaki jest twój pogląd?
- Mój pogląd? Myślę, ze jesteśmy w naszym kraju, w naszej Warszawie, i obojętnie jakie będą losy tego kraju, dobre czy złe, ja chce je z nim dzielić!
Usłyszałam westchnienie ulgi. Przycisnął mnie mocno do siebie:
- To był test, Puniu, nie gniewaj się. Jakże się cieszę, że i pod tym względem nie zawiodłem się na tobie!”

Czy Punia się gniewa? Skądże. Po raz kolejny jest dumna z bycia żoną takiego męża. Ja bym Jana raczej obiła za takie powojenne testy. Taka to właśnie jest narracja. Skromność, praca, obowiązki, żadnego wywyższania się. Jest to ujmujące w kontekście pomocy Żydom, traktowanej w sposób zupełnie naturalny, nieco mniej w przypadku małżeńskiej równości, ale cóż. Żabińska nie widziała w takim układzie sił niczego niewłaściwego.

Skupiłam się tu na wątku herstorycznym, ale oczywiście „Ludzie i zwierzęta” to także masa uroczych anegdot o zwierzętach właśnie, sposobach patrzenia na nie, nieco odmiennych od dzisiejszego podejścia (Żabińska pisze na przykład, że ostronos je wszystko to, co oni i uważa to za dietę całkiem właściwą dla tego stworzenia). Ale to sami możecie sobie wyobrazić. Dodam też, że WL dobrze opracowało tę książkę, dodając przypisy i fotografie z rodzinnego archiwum Żabińskich.

Polecam, lektura wartościowa i nieoczywista. A teraz zobaczymy, jak Żabińska wypada w „Azylu”.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jakie stopy opisała Szmaglewska?