Wydawnictwo BOSZ, Lech Majewski, Agnieszka Taborska

Agnieszka Taborska, "Licho i Inni"

„Licho i inni” trochę mnie cieszy, a trochę rozczarowuje. Od dawna pielęgnuję w sobie słabość do baśni i legend, mam pełną półkę mniej i bardziej udanych PRL-owskich realizacji tego tematu. Cenię wydawnictwo BOSZ za konsekwentne pielęgnowanie tradycji, zarówno wydawniczej jak i etnograficznej oraz dbałość o graficzną oprawę („Bestiariusz Słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa, legendy zamków, książka o smokach, polecam zajrzeć na stronę).

Autorką przeznaczonego głównie dla dzieci „Licha…” jest Agnieszka Taborska, pisarka, tłumaczka i specjalistka do spraw twórczości Rolanda Topora (pewnie nienawidzi tej sztampowej klasyfikacji i teraz, kiedy to piszę, pieką ją uszy). Oprawą graficzną zajął się Lech Majewski, zasłużony ilustrator i profesor warszawskiej ASP. O ile okładka wydała mi się ujmująca, to środek zaledwie poprawny. Owszem, elegancki, stonowany minimalizm i nawiązania do ludowego wzornictwa wyróżniają książkę spośród, nie bójmy się tego słowa, badziewnych „Najpiękniejszych baśni”, kupowanych na kilogramy w marketach, jednak po chwilowym zatchnięciu się tą innością zaczęłam myśleć, że przypomina to trochę takie właśnie ASPowskie ćwiczenia z poprawnej odmienności. Jeżeli ktoś z waszej rodziny lub znajomych studiował na akademii, z pewnością rozpoznacie ten styl. Narzekania narzekaniami, jednak gdybym miała jednoznacznie powiedzieć „ładna czy nieładna” powiedziałabym „Ładna. Kupcie siostrzeńcowi na Mikołajki, zadziwcie rodzinę współczesnym designem”.

Podobnie rozjeżdża mi się ocena tekstu. Historie Agnieszki Taborskiej są ciepłe. Brzmi to wstrętnie i sztampowo, ale to słowo pasuje jak ulał. Ludowe opowieści tracą elementy grozy, wprawdzie wady bohaterów zostają dyskretnie napiętnowane, ale generalnie świat wzbogacony o interwencje olbrzymów, niebożąt i pracowitych myszy jawi się jako przyjemne, wesołe miejsce, sama poczułam się zbudowana w ten listopadowy tydzień bez słońca myślą, że pod parasolem obok mnie może iść utopiec (przeciągnięcie akcji opowieści do naszych czasów to uroczy pomysł). Ale jako osoba, która lubi wiedzieć wszystko dokładnie, mam problem z etymologią snutych przez Taborską gawęd. Czy historie powstania wzorów na kierpcach i koniakowskich koronek pochodzą z autentycznych, regionalnych tradycji, czy są stworzone całkowicie przez autorkę? Czy Kaszubi rzeczywiście opowiadali sobie o przenoszącym głazy olbrzymie? Nigdy nie wpadłam na taki trop. Brakuje mi krótkiej chociaż notatki wyjaśniającej te sprawy, albo podającej źródła legend, albo stwierdzającej, że to luźno zainspirowana ludową nutą wyobraźnia Taborskiej odpowiedzialna jest za całość narracji.

Były pochwały, były grymasy, to wszystko, dziękuję.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz