Zofia Chądzyńska

Zofia Chądzyńska, "Co mi zostało z tych lat"

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dość wiekowa już Zofia Chądzyńska udzieliła „Twojemu Stylowi” biograficznego wywiadu – na fali jego popularności zdecydowała się spisać obszerniejsze wspomnienia. Chwała jej za to – sama wiem, jak trudno dowiedzieć się czegokolwiek o bardzo nawet popularnych autorkach (Maria Kruger) bez dogłębnej kwerendy w rozrzuconych źródłach (a jak mało wdzięczne jest to zadanie pokazuje znakomicie Anna Marchewka w poświęconych Ewie Szelburg-Zarębinie „Śladach nieobecności”).

Chądzyńska sumiennie opisuje swoje niesamowite życie, z pewnym zdumieniem zauważając, że przetrwała bardzo wiele i miała niesamowite szczęście osoby przekonanej, że trzeba iść przed siebie i wszystko musi skończyć się w najlepszy możliwy sposób. Właściwie musiałabym przepisać tu w punktach życie autorki, w nawiasach dodając co chwilę „wow” i „!”. Praca w międzywojennym Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, lata okupacji spędzone na wyciąganiu siebie i rodziny z rozmaitych opresji – zawsze skutecznie (!), powstanie oglądane zza rzeki, z willi na Saskiej Kępie (nie wszyscy pobiegli walczyć i zginąć, wow) i losy ludności cywilnej na Pradze (wcale nie tak sielankowe, ale w opowieściach o powstaniu naturalnie liczy się tylko walcząca strona Warszawy), powojenna wędrówka przez reorganizującą się Europę, zakończona w Argentynie.

W tym wszystkim Chądzyńska pomija właściwie swoją biografię artystyczną znakomitej tłumaczki literatury iberoamerykańskiej i pisarki zarówno młodzieżowej, jak i „poważnej”. Owszem, poświęca sporo miejsca okolicznościom powstania pierwszej powieści i jej sukcesowi wydawniczemu, opisuje boom na literaturę z Ameryki Południowej w komunistycznej Polsce, ale niewiele dowiemy się o jej artystycznych fascynacjach, poszukiwaniach, próbach – to wszystko znajduje się na marginesie narracji o życiu, udostępnianej czytelnikowi z nutą niepewności: „Czy mam prawo mówić o zmarłych?”, „Dlaczego to właśnie moja opowieść przetrwa?”.

Jednocześnie trudno powiedzieć, że jest to książka nie-osobista: Chądzyńska drobiazgowo przestawia wieloletnią, ciężką chorobę pierwszego męża, głęboką depresję po jego śmierci, zmieniające się relacje z matką czy przyjaźń z Gośką, ocierającą się o platoniczny, lesbijski związek. Pojawia się też Gombrowicz – Chądzyńska pisze z widoczną przyjemnością o ich argentyńskiej znajomości, zaznaczając jednak przezornie, że robi to dla rodaków, których ten wątek na pewno ciekawi najbardziej z jej całego życia (chociaż dla mnie ciekawsza jest Krystyna Żywulska, pojawiająca się w końcówce – Gombrowicz zawsze prezentuje się w papierowej aurze anegdoty, która dziwnie wyróżnia go ze szczerej, surowej opowieści Chądzyńskiej).

Życzyłabym sobie, żeby każda pisarka na stare lata dostawała stypendium i miała obowiązek dostarczyć takie 150-stronicowe świadectwo. Szacunek dla wydawnictwa Akapit Press, publikującego klasykę powieści dziewczęcych w paskudnej szacie graficznej, za uzupełnienie jej o wspomnienia Zofii Chądzyńskiej.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz