Wielka Litera, Natalia Fiedorczuk

Natalia Fiedorczuk, "Jak pokochać centra handlowe"

“Jak pokochać centra handlowe” to książka wyjątkowo trudna do recenzowania - osobista i zaangażowana społecznie powieść sytuująca się gdzieś pomiędzy “Czarną księgą kobiet” a Verdaną Rudan. Tak najkrócej. Mogę jeszcze równie krótko - to jest bardzo dobra opowieść. A teraz kilka akapitów mojej opowieści o “Jak pokochać…” i literaturze. Może znajdziecie chwilę pomiędzy piernikami, dziećmi, zwierzętami, kolędami.

Jest taki typ literatury, który nie jest w Polsce postrzegany zbyt dobrze. To tzw. literatura środka, czyli książki napisane dobrze i z szacunkiem dla elementarnych potrzeb czytelnika gardzącego romansami i obyczajówką w typie “na faktach autentycznych bardzo spisane”. Objętościowo literatura środka też raczej celuje w czytelnika, który nie jest skłonny do tygodni mozołu nad Yanigaharą czy Donną Tart (inna sprawa, czy w ogóle warto nad tymi książkami ślęczeć choćby godzinę), a potrzebuje dobrej opowieści na ważny temat, dobrze napisanej przez autora/autorkę znającą umiar. Jestem admiratorem powieści Katarzyny Tubylewicz, które celują w ten target, myślę, że Fiedorczuk zmierza w tym kierunku i to jest bardzo dobry kierunek. I nie jest zaskoczeniem, że tak Tubylewicz jak i Fiedorczuk wydaje jedno wydawnictwo, Wielka Litera.

“Jak pokochać centra handlowe” to opowieść kobiety, która zostaje matką i wpada w depresję. Przedstawione nam różne etapy bycia-matką jak i bycia-matką-z-depresją są wiarygodne, ciekawie opowiedziane, całkiem mocne choć bez nadmiernie eskapistycznego tonu. Fiedorczuk umie w narrację, umie w dialogi, umie w monolog wewnętrzny, nie za bardzo umie we frazeologię (tzn. tworzy własne związki frazeologiczne, dość czasem ryzykowne, jak np. “wyje jak hrabianka przy pożarze dworu” “nie jestem kombajnem uczuć”). Wchodzenie w zaczepność językową jest jeszcze trochę bałaganiarskie, niekonsekwentne i do potrenowania. Czyta się to wszystko wartko nawet z pewnym niedosytem. Mam dwie finałowe refleksje na temat tej powieści. Pierwsza dotyczy zakończenia “Jak pokochać…” - otóż Autorka postanowiła oprócz podziękowań (co to za moda z tymi rozbudowanymi podziękowaniami w prozie… to od niedawna jest i to nie jest wcale takie fajne, to nie doktoraty) wytłumaczyć się z tego co napisała.

Zawsze gdy widzę, że autor(ka) już we własnej książce próbuje tłumaczyć co napisał(a), to zęby mi zgrzytają. Otóż kompletnie mnie nie obchodzą te wyjaśnienia, literatura ma się sama bronić, a ta się broni - zatem po co? Po to by wyjaśnić szanownej pt publiczności, że powieść to fikcja? To szanowna publiczność raczej wie i nie rzuci się na Fiedorczuk żądna sensacji o jej antydepresantach. A może chodziło o uwiarygodnienie tej opowieści? Autorka pisze, że książka powstała na podstawie rozmów z ludźmi - większość książek powstaje dzięki rozmowom z ludźmi! Gdybyśmy nie rozmawiali to do dziś byśmy pewnie Ojców Pustyni tylko czytali.

Do tego dokłada nam autorka wykład swojego stosunku wobec stosunku Polaków/Polek do macierzyństwa. Dość. Rozumiem niepewność debiutantki, jestem w stanie zaakceptować, że ktoś mi w książce pisze “postacie z powieści są fikcyjne”, ale tu przesadzono i rozwalono całkiem dobrą książkę. Zauważam, że ten proceder bywa częsty i mnie martwi, bo świadczy o sporym braku zaufania wobec czytelników.

Druga refleksja jest bardziej osobista. Nie jestem już nastolatkiem i wiem, że codzienne życie to znój mało przyjemny, ale konieczny. Praca, związek, znajomi, pies, hobby. Ogarnięcie tych elementów mnie przeraża i kończy się codziennymi porażkami, szczególnie cierpią znajomi i pies. Zdarza mi się wyjść z Czarem na spacer jako żywa ilustracja dekonstrukcjonizmu - pies idzie bez smyczy, którą trzymam w ręku razem z telefonem, słuchawkami, plecaczkiem zakupowym, czapką, szalikiem, kluczami, workiem na kupę i wszystko to próbuję umieścić w odpowiednim miejscu. Po dwóch minutach zabawy w dopasowywanie kształtów wygrywam bitwę ale spektakl, którego jestem autorem, upokarza mnie we własnych oczach a i spojrzenie Czarka bywa tak jakby karcące. Co dopiero ma powiedzieć matka z małym dzieckiem? To z pewnością cenna lekcja płynąca z lektury Fiedorczuk - trening “bycia matką” zaczyna się bardzo szybko i kiedy przychodzi do codziennych zawodów w tymże, samooskarżanie się i poczucie winy mogą zdestabilizować życie kobiety i jej rodziny. Wiem, że pewnie nie odkrywam Ameryki, ale trzeba o tym pisać. Warto pisać o tym, że trudne może być - jak dla bohaterki “Jak pokochać…” nawet to cholerne “bucik pani wypadł”, powtarzane niby z sympatycznego zainteresowania przez starszą panią obserwującą twój spacer z wózkiem i dzieckiem w nim.

 

Uczę się być “wystarczająco dobry” dla psa, chłopaka, siebie. Inaczej się nie da. Więcej można, ale nie trzeba. Dzisiaj jeszcze możecie odwiedzić księgarnię i kupić “Jak pokochać centra handlowe”, bo to solidna proza, którą warto poznać. W świecie literackim wypełnionym przez nic nie wnoszące książki hipster-pisarzy i pisarek odkrywających “pokoleniowe” prawdy, książka o prawdach międzypokoleniowych, uniwersalnych niestety. I choć oczywiście dalej jest to książka dla pewnej klasy o pewnej klasie, to przynajmniej z klasą.

Od jutra trzy trudne dni, bo tak jakby “święta”. Trzy dni, w które warto być “wystarczająco dobrym”. Ja będę. Będę dobrze nic nie robił i czytał. A wczoraj wieczorem byłem w centrum handlowym, w którym jakiś pomyleniec zdecydował, że sklepy będą otwarte do 23. Nie polubię centrów handlowych, nie umiem. Za to chętnie poczekam na kolejną powieść Fiedorczuk.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz