Nasza Księgarnia, Anna Węgleńska, Astrid Lindgren

Astrid Lindgren, "Dzienniki z lat wojny 1939-1945"

Czego spodziewałam się po dziennikach wojennych Astrid Lindgren? Czego spodziewalibyście się wy? Chyba łatwo naszkicować sobie taki obraz: znana pisarka, neutralna Szwedka, wokół niej Europa ogarnięta szaleństwem, Lindgren opisuje swoje życie, proces twórczy, wewnętrzne rozterki. Widzimy więc wojnę w perspektywie, oddaloną. Tymczasem jest zupełnie inaczej – w 1939 Lindgren jest „tylko” gospodynią domową, która zaczyna pisać dziennik po to, by zrozumieć i utrwalić wyjątkowy czas, któremu świadkuje (potem także czynnie uczestniczy w wojennym trudzie pracując w urzędzie cenzurującym listy). Oryginalne dzienniki pełne są prasowych wycinków, map z trasami przemarszu wojsk (polskie wydanie zawiera tylko kilka reprodukcji). Każdy wpis to analiza najnowszych wydarzeń na frontach. Życie prywatne Lindgren zaznacza się na tym tle bardzo subtelnie: wspominane są urodziny członków rodziny (ze szczegółowymi listami prezentów), kolejne święta (ze szczegółowymi listami dań). Bardzo dużo miejsca poświęcone jest jedzeniu – Lindgren wypisuje, co udało się zdobyć, co ugotować, martwi się, że być może to ostatni rok dobrobytu w spokojnej Szwecji i na następne święta nie będzie stołu uginającego się od mięs, marcepanu i czekoladek (uspokajam – będzie). W roku 1944 pisarka wspomina o osobistej tragedii, która wstrząsa jej życiem – niestety, dramatycznie brakuje tu przypisu i dopiero długie kopanie w Internecie pozwoliło mi ustalić, że chodzi o romans męża. Chwilę potem pojawia się wzmianka o „Pippi” – że powstaje taka książka. I to tyle z zaglądania w proces twórczy, wojna się kończy, kończy się sprawozdanie z mrocznych lat.

Jak więc podsumować tę książkę? Powiem tak: jest to ciekawy dziennik. Sporo czytam o wojnie, równoległą do Lindgren lekturą jest pamiętnik Jerzego Jurandota z warszawskiego getta i, oczywiście, jest to szokujące zestawienie: tam Astrid dąsa się, że wprowadzono racjonowanie jajek i miesięcznie przysługuje ich tylko osiem na osobę, co się dzieje w tym czasie w Warszawie – wiadomo. Lindgren martwi się czasem losami europejskich Żydów, ale nie do końca zdaje sobie sprawę z rozmiarów tragedii (we wstępie do „Dziennika” pojawia się kwestia tego, ile tak naprawdę Szwedzi wiedzieli o sytuacji w gettach i obozach). Jest przerażona tym, co stało się z porządnym, germańskim narodem niemieckim, ale przyznaje, że woli Hitlera od Stalina i gotowa byłaby żyć pod okupacją niemiecką, ale nigdy pod rosyjską. Jej sądy polityczne bywają naiwne – jest przekonana, że za wojnę odpowiadają bezpośrednio dwie osoby, Hitler i Mussolini. Reszta służy nieszczęśliwie pod ich rozkazami, wystarczyłaby śmierć wodzów i byłoby po sprawie.

Zastanawiałam się, czy coś by zmieniło, gdyby na okładce tej książki widniało inne nazwisko – czy robiłoby różnicę, gdyby autorką była nikomu nieznana Lisa, Britta czy Anna. I w tym przypadku chyba nie. Dlatego jeżeli macie ochotę przeczytać ten dziennik, żeby zobaczyć w nim Wielką Pisarkę Astrid Lindgren – nie polecam, rozczarujecie się. Jeżeli natomiast chcecie zobaczyć, jak trzydziestoletnia gospodyni domowa próbuje zrozumieć wojnę światową i zapewnić spokojne życie swojej rodzinie – musicie zaopatrzyć się w tę książkę.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co miał na piersi wykłute Azja Tuhaj-bejowicz?