Leopold Tyrmand, Wydawnictwo MG

Leopold Tyrmand, "Zły"

W związku z tym, że Olga wygrała pierwszą bitwę o egzemplarze recenzenckie, ja postanowiłam nadrobić zaległości i przeczytałam wreszcie „Złego”. Wszyscy mówili, że Warszawa, że architektura, że moda, ale moją uwagę przykuło głównie morze wódki, jakie przelewa się przez tę powieść. Picie wódki jest tu rozrywką egalitarną. Wszyscy chodzą na rauszu i mają wódczane rumieńce. Pije się niezależnie od płci, stanu społecznego i pory dnia. Dzięki posiadanemu ebookowi łatwo policzyłam, że słowo wódka pojawia się w „Złym” 202 razy: w mianowniku („Wódka, śledź, pieczywo, masło, fryty na zimno, woda sodowa, a potem cztery melby - rzekł Merynos do pochylonego z uszanowaniem Heńka”), w dopełniaczu („Zachodzi bowiem konieczność poddania kogoś próbie wódki”), w bierniku („Pamiętał zakamarki knajp tego wylotu Marszałkowskiej, w których za przepierzeniem z dykty stępiali moralnie restauratorzy sprzedawali wódkę czternastoletnim chłopcom”), w narzędniku („Zenon ledwie się obejrzał, gdy otoczony był przez spocone twarze, brudne szaliki, zepsute zęby, zionące wódką oddechy i spojrzenia”) i w miejscowniku („był to głos niski, chrapliwy, pełen wzgardy, dobywający się spod rozmokłego w wódce, dwudziestego ósmego żebra”). Dziwi brak wołacza, ale ten najwyraźniej zarezerwowany jest w powieści Tyrmanda dla wzbudzającej zachwyt i roztkliwienie tkanki miejskiej (te wszystkie apostrofy do stołecznych bram i targowisk, czułe opisy tramwajowego tłoku, gdzie bliźni „demoluje nam śledzionę, masakruje nerki”).

Warto więc czytać, żeby zobaczyć jak to było, kiedy Pałac Kultury był jeszcze kremowy, a na rynku nie było Prosecco (dla samego wątku kryminalnego czytać nie polecam).

Poniżej, pożyczony z albumu babci, dowód na niegdysiejszą kremowość Pałacu Kultury.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?