Czarne, Weronika Murek

Weronika Murek, "Feinweinblein. Dramaty"

“Nic nie zrozumiałem. Jakie to wspaniałe!” Tak można streścić moje uczucia po pierwszej lekturze “Feinweinblein. Dramaty” Weroniki Murek. Autorce udało się mnie zmusić, bym dwukrotnie przeczytał tą nieszczególnie okazałą książkę i zachwycił się po dwakroć.

Bardzo dobrze wspominam lekturę “Uprawy roślin południowych metodą Miczurina”, a “Feinweblein” jest jakby zredukowaną do minimum kontynuacją tej mikropowieści. Chciałoby się wobec dramatów zebranych w tym tomie użyć określenia “brawurowe”, ale nie jest to takie łatwe. One są po prostu inne, wyjątkowo oryginalne i ciekawe. Tytułowa sztuka dzieje się na powojennym Górnym Śląsku. Knauerowie dostali radio, które staje się centrum świata, wokół którego niejako organizują się lokalsi. Osamotnieni, opuszczeni przez władzę, szukający tożsamości, trwałości, oparcia, próbujący się wzajemnie zrozumieć. Trochę teatr cieni, o niemożliwości komunikacji, o zapętleniu w historię. Bo tak - Knauerowie oddali nazistom niepełnosprawnego syna za radio, ludzie chodzą w pożydowskich ubraniach, niektórzy piszą donosy, a jeszcze inni marzą o szabrze i wspominają szczęśliwe lata wojny. Murek obnaża prymitywność i pierwotność popędów, dobiera się do trzewi polskiej kultury, grzebie w historii i wywleka ją niby w absurdalnej formie, ale jakże prawdziwej, gdy popatrzy się na to z dystansu. Nie trudno znaleźć dla Murek porównania - Beckett, Ionesco, Mrożek, to ten rodzaj brutalności wymieszanej z humorem i niezwykłą wiwisekcją.

W “Wujaszkach” Murek tworzy nowe “Dziady”. O tyle nowe, że umieszcza je w dwudziestoleciu międzywojennym, a tytułowi wujaszkowie trochę jak zjawy podczas dziadów, a trochę jak z “Wesela” opowiadają o współczesnym sobie świecie. To sztuka na pograniczu surrealizmu i abstrakcji, wyładowana artefaktami, skrótowo potraktowanymi opowieściami. Wujaszkowie są całkiem sympatyczni i mili, śmieszni, ale też jakoś rozkoszni. Są bardzo polscy i wszystko dookoła jest takie polskie, jakbyśmy weszli do cepelii wyłożonej słowami, zdaniami czy frazami. Dziwne jest doświadczenie tej lektury, niby Gombrowicz się nasuwa a jednak abstrakcyjność czy minimalizm tej sztuki w warstwie samego przedstawienia, które ogranicza się mocno do dialogu sprawiają, że mamy do czynienia z jakąś nowa próbą złapania polskości.

Trzeci dramat jest chyba najcięższy, “Morowe” to opowieść o ludziach, którzy są chorzy i nie zamierzają zdrowieć. Choroba jest stanem, który ich napędza, nadaje im sens istnienia. I znowu rozmowy, znowu niezbyt składnie, ale przerażająco ciekawie. Wydaje mi się, że Murek próbuje nam opowiedzieć na nowo Polskę, pokazać, że jest to miejsce cierpiące na chorobę, od której nie ma wyjścia, którą trzeba zaakceptować i pokochać. Jakby zdrapywała z wielkiego muru “Historii” jakieś skrawkii układała je w nową opowieść. Do tego opowieść melodyjną, fantastyczną językowo, napisaną z dezynwolturą i fantastycznym czuciem teatru.

Czytając zebrane w “Feinwenblein” dramaty odnosi się wrażenie, że przed nami pisarka, która może zmienić polską literaturę, wnieść do niej coś nowego. Wciąż nie jestem pewien, ale jeśli pójdzie tym tropem konsekwentnie, nie ulegnie potrzebie zwiększenia “zasięgów” (umówmy się, to są teksty naprawdę momentami skomplikowane), będziemy mieli do czynienia z wyjątkowym zjawiskiem. Dawno nikt tak sobie ze mną nie pogrywał. Fantastycznie, czuję się zmęczony i zachwycony.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody