Żydowski Instytut Historyczny, Jasia Reichardt

Jasia Reichardt, "Piętnaście podróży z Warszawy do Londynu"

“Żyjemy listami które przychodzą od najbliższych” pisze Maryla Chaykin do swojej siostry, Franciszki Themerson. Ten epistolograficzny zwrot wydaje się być metaforą, a chyba nią nie jest. 

Po co ja to czytam? Za każdym razem, gdy widzę dzienniki, wspomnienia czy wydania źródłowe dotyczące Holocaustu nie mogę opanować potrzeby przeczytania. Goldkorn, Canin, Grynberg, setki stron archiwum Ringelbluma, Perechodnik… mam tym wypełniony uroczy regał podarowany mi przez najlepszego przyjaciela. Półki się uginają i przyglądam się im z niepokojem. Ale muszę mieć, muszę czytać. Tłumaczę sobie, że potrzebuję zawodowo, ale akurat Holocaust w moich tematach pojawia się sporadycznie i na ważnych marginesach, ale jednak marginesach. To wciąga, uzależnia i mam wrażenie, że tworzy jakąś wspólnotę. Aż się boję o nas myśleć, czego potrzebujemy, czemu wytrzymujemy te opisy, dlaczego lepiej czasem wiemy gdzie był jakiś sklep, czy wciąż działające kino, niż najbliższy zakład dorabiający klucze. Szukamy w tym czegoś, ale za wcześnie dla mnie na odpowiedź - czego. 

“Piętnaście podróży z Warszawy do Londynu” Jasi Reichardt to pozycja z zakresu “ale po co to mi”. Nie jest to szczególnie porywająca historia, można wręcz powiedzieć, że dość standardowa jak na tamte czasy - Jasia, córka Maryli i Seweryna Chaykinów po latach opowiada swoją wojenną historię. Mimo tego, że w Zagładzie traci najbliższych ma sporo szczęścia - jej wujostwo, Stefania i Franciszek Themersonowie tuż przed wojną wyjeżdżają do Paryża i - po wielu perypetiach - osiadają w Londynie. Wspomnienia Jasi są przerywane listami, które trafiały do Londynu. Do Franciszki piszą jej siostra, Maryla i matka, Łucja. Piszą o codzienności, nie pisząc o niej. Ponieważ listy są czytane i poddawane cenzurze tylko między wierszami można odczytać dramat Chaykinów. Najciekawsze wydaje się właśnie śledzenie tych szyfrów. Gdy Maryla pisze: “Mieszkamy jak na prowincji, mam dużo znajomych w pobliżu i prowadzi się życie jak w dużej rodzinie” oznacza to, że żyją w getcie i w zatłoczonym mieszkaniu. “Za herbatę i kawę można mieć co innego”. Chyba nie muszę wyjaśniać. Gdy chcą opowiedzieć o sytuacji w Warszawie, zadają do Londynu pytania: “Czy chodzi się po mieście o ósmej wieczór? Czy kina i ogrody są dla wszystkich?”. Nie czekają na odpowiedź. 

Opowieść Jasi Reichardt jednocześnie przypomina, że największe szanse na przeżycie miały osoby uprzywilejowane, bogatsze, należące do inteligencji, mające kontakty. Oczywiście dotyczy to Warszawy i największych miast, sytuacja “na prowincji” była trochę inna. “Piętnaście podróży…” w swojej warstwie wspomnieniowej są dość wygładzoną opowieścią, w której główny nacisk autorka położyła na pokazanie rodzinnych powiązań i osobność i ważność dzieła Themersonów. Czytałem zaintrygowany, choć nie da się ukryć, że nie jest to jakaś szczególna przygoda literacka. Dość irytujące jest za to wydanie dokonane przez ŻIH. Ktoś wpadł mianowicie na genialny w swej prostocie pomysł, by tekst listów podać kursywą i w kolorze bodajże ciemnozielonym. To była męczarnia dla moich oczu i nie rozumiem dlaczego mi ją zaserwowano. Zwłaszcza przy dłuższych blokach tekstu nierozdzielonych akapitami dostawałem tak zwanego “oczopląsu” i serdecznie proszę - nie róbcie mi tego ponownie. Poza tym jest to wydanie przyzwoicie ładne.

Ostatnia kartka nosi datę 20 czerwiec 1942. Przetrwali nieliczni świadkowie i listy. Nigdy mnie nie przestanie zaskakiwać jak wiele dla ocalenia pamięci o polskich Żydach zrobiła całkiem sprawnie działająca poczta. 
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz