Agora, Dariusz Żukowski, Michelle Obama

Michelle Obama, "Becoming. Moja historia"

Rzadko zdarza mi się czytać książki, które są na szczycie list bestsellerów, bo trochę szkoda na nie miejsca u nas - mają swoje pieniądze na promocje, media popularne się nimi interesują, może lepiej przeczytać niszową powieść niż "Tatuażystę z Auschwitz", która to okropnie płytka książka była moją ostatnią lekturą ze ścisłego topu. Coś mnie jednak podkusiło i spędziłem kilka nieszczególnie pasjonujących wieczorów z Michelle Obamą. Fakt, że książkę napisał pewnie jakiś ghost-writer mnie nie obchodzi, Biblię ponoć napisał Bóg z Duchem Świętym, więc jestem przyzwyczajony do niepewnego autorstwa niektórych dzieł. Gdy już dobrnąłem do ostatniej strony “Becoming” byłem osobą na skraju załamania nerwowego. 

Jest to przeraźliwie dłużąca się opowieść o prawie idealnej matce, żonie, pierwszej damie, prawniczce, społeczniczce itd. Momentami lektura fascynująca, bo przecież zawsze fajnie jest poczytać o tajemnicach Białego Domu, czy ploteczkach z pałacu Buckingham (może nie zawsze, ale ja lubię się czasem naćpać treściami tego rodzaju), ale dominującym uczuciem podczas lektury było znużenie. Książka Obamy jest momentami przepełniona detalami, niektóre historyjki ciągną się zupełnie bez powodu przez kilkanaście stron tylko po to, by pokazać kolejne oblicze autorki lub jej męża. A są to oblicza posągowe, mądre, z oczywistą dawką ludzkiej natury, bo jednak mamy XXI a nie XVIII wiek.

Męża wszyscy znamy, zamykał nam w stolicy ulice i przemawiał w szklanej klatce. Powiedzieć, że Michelle Obama jest zafascynowana swoim partnerem, to nic nie powiedzieć. Mimo drobnych wad jak to, że przez połowę związku mieszkali osobno, a w pewnym momencie facet postanowił zmienić jej całe życie, jest to geniusz, którego każda ustawa na pewno była mądra, każda decyzja słuszna, a tylko na bardzo odległych marginesach Obama przyznaje, że nie wszystko poszło idealnie. Ten pseudokrytyczny stosunek do męża to wypadkowa wizji, ktorą Obama chce w swojej książce nakreślić - najważniejsze w życiu są dwa czynniki - wiedza i ludzie, których spotkasz na swojej drodze.

Autorka celowo rozwlekle przedstawia swoje dzieciństwo i wczesną młodość, powtarza te same informacje kilka razy, byśmy nie mieli żadnych wątpliwości, że nie pochodziła z rodziny bogatej, ale też - nie z biednej. Robinsonowie (tak się nazywała pani Obama przed Obamą) byli rodziną praktyczna, trochę chłodną, ale nastawioną na rozwój córki i syna. Właściwie to inwestującą całe swoje życie w potomstwo. Przyznaje, że wizja podporządkowania właściwie całego życia wykształceniu potomstwa wydaje mi się wyjątkowo ponura i Obama zdaje się to zauważać, gdy już jako żona senatora musi godzić pracę zawodową z rodziną i obowiązkami publicznymi. Coraz częściej zdarza się jej przyglądać własnym rodzicom zadając sobie pytanie: “co oni z tego mieli”. Należy tu jednak powiedzieć, że akurat przypadek autorki jest jednak mocno unikatowy, z czego zdaje sobie ona sprawę i nazbyt aż często podkreśla, że w jej roli było niewiele kobiet. Drugi wątek to “networking”, Obama wyraźnie podkreśla zasługi kolejnych osób (głównie czarnych kobiet) dla jej rozwoju osobistego, lista mentorek i członkiń sztabu jest wybrana bardzo rozmyślnie - pokazuje osoby z różnego przedziału wieku, sugeruje, że można ufać bardzo młodym (poniżej 30 rż.),, ale też warto mieć w zespole wyjadaczki. Nie ma nas bez innych, a tym bardziej nie ma nas bez “swoich”. Amerykański mit od zawsze opierał się na specyficznym poczuciu wspólnoty, w którą wpisane jest przekazywanie wiedzy i umiejętności. W studiowaniu na prestiżowym uniwersytecie nie chodzi tylko o nabycie wiedzy, ale poznanie odpowiednich osób. W życiu trzeba się pozycjonować. Dwa wątki - wiedzy i otoczenia są zrozumiałe, zwłaszcza że wykładane chwilami tak topornie, że trudno je przeoczyć.

Sporo jest u Obamy prostych wzruszeń i naiwności literackich, rodem z literatury romansowej. Lukierkowy opis ślubu, czy wyciskające łzy z oczu ostanie chwile życia jej ojca - bywają opisane na tyle szczegółowo, by każdy mógł łatwo wejść w przeżywanie wspólnych emocji. I to jest zrozumiałe dla literatury, która bądź co bądź jest gigantyczną reklamą samej autorki w stylu „trochę bardziej ludzki glamour”). Choć kiedy czytamy, że na weselu "jedliśmy i piliśmy aż po radosne wyczerpanie", to jednak jesteśmy już w okolicach Białego Misia i ja chcę na inną imprezę. Mam w notatkach też kilka razy elokwentne LOL (zatrudnienie kucharza wydawało mi się "trochę snobistyczne". TROCHĘ), kilka WTF (gdy Barack nie śpi w nocy, ona go pyta o przyczyny, na co słyszy że Obama rozmyśla nad nierównościami społecznymi), ale przebrnąłem, bo jestem chłopcem jednak obowiązkowym.

Doskonały za to jest wątek rasowy. Otóż w tej kwestii to “Becoming” jest książką po prostu fantastyczną. Obama jest ostra, jasno podkreśla, że rasa ma znaczenie i Stany są krajem, w którym panuje rasizm. Baracka Obamę pani Robinson pozna w kancelarii, w której pracuje. Obama ma tam przyjść na staż. Ponoć jest niezwykle inteligentny, ale jak pisze autorka, “gdy czarnego półinteligenta wsadzisz w garnitur to biali zawsze będą go uważali za geniusza” (parafrazuję, bo mi się cytat zgubił). No szczęka mi opadła, bo to jednak w tej sytuacji, na tej pozycji, odważne stwierdzenie (a że prawdziwe, to już inna sprawa). Obama musi się starać dwa razy bardziej tylko dlatego, że jest czarną kobietą. I to jest dla niej oczywiste. To jest też strasznie smutne, ale wątki rasowe czytałem z zaciekawieniem, czego nie mogę powiedzieć o kolejnych kampaniach, wojażach, przedłużającym się w nieskończoność opisie kampanii w Ilinois, czy historyjek z kategorii “przygoda w koledżu”. I choć narzekam na brak nożyczek, to ponarzekam też na braki w samym tekście. 

Otóż Michelle Obama ominęła w książce okres studiów na Harvardzie, z Princeton przenosimy się prosto do kancelarii adwokackiej, podobnie wyjątkowymi ogólnikami pisze o sprawach którymi się zajmowała i poza historią z NGOsa, w którym pracowała i którego silną promocją jest ta książka, to o samej pracy zawodowej Obamy wiele się nie dowiemy, Są passusy typowe dla feministycznej biografii - mądra opowieść o poronieniu, będąca też lekcją dla osób czytających, wykłady na temat stawania się sobą i budowania własnej tożsamości, o “girl power” itd., ale wszystko to jest taki neoliberalny feminizm „Wysokich Obcasów” sprzed 15 lat - kobiety są super, na kobiety trzeba stawiać, różnorodność też jest ok, chociaż w tej kwestii Obama wyjątkowo mało uwagi poświęca osobom LGBT, a gdy już o tym pisze o przejściu przez Sąd Najwyższy równości małżeńskiej, to ważniejsza staje się historia o tym jak chce z córką pooglądać podświetlony na tęczowo Biały Dom, co z uwagi na agentów Secret Service nie jest takie łatwe. To co najmniej dziwne jak na książkę, w której słowo różnorodność jest odmieniane przez każdy przypadek (zwłaszcza po polsku).
Michelle Obama nie zajmuje się polityką, co jest zrozumiałe, bo każde jej słowo nawet dzisiaj może wywołać dyplomatyczną awanturę, ale zaskakuje mnie brak w książce wspomnień o 11 września. Czyżby dlatego, że w konsekwencji Amerykanie postanowili wywołać kilka wojen i przemeblować nam trochę świat? Z drugiej strony mimo świadomości doniosłości roli i wielokrotnego przypominania o niej Obama nie wyciera sobie ust słowem "naród". Stara się zachować ludzką skalę, na tyle na ile to możliwe i unika odwoływania się do narodowej symboliki czy historii. Innymi słowy - jest to książka wyprana ze wszelkich treści, które można by odnieść do ewentualnych politycznych aspiracji autorki. Mimo to w drugiej części książki trochę gubi się zwykły człowiek, a celebrycka i przyczynkarska wizja świata Białego Domu zdecydowanie przykrywa moralizatorsko-coachingowy charakter tej opowieści.

Niestety czytając Obamę miałem wrażenie graniczące z pewnością, że było to tłumaczenie wykonane w ekspresowym tempie i równie ekspresowa jego redakcja. Wiele zdań niedoszlifowanych, błędy w przypisach (przypis dotyczący prawyborów w wyborach do Kongresu mówi o prawyborach prezydenckich – patrz strona 231) i momentami może niezbyt trafne wybory translatorskie, jak ten, gdy „cartoon” jest tłumaczone jako „komiksowy”, co jest zwyczajnie nieporozumieniem, takim samym jak pisanie o naiwnej książce, że jest dziecięca (tak uczę się tego). Otóż komiksy to nie tylko karykatura, a Obama wyraźnie pisze, że czuła się jak karykatura samej siebie. Dodatkowo Agora postanowiła dzieło to wydać z gigantyczną interlinią jak jakąś pracę magisterską, co przy tym formacie sprawiało, że czytało mi się zwyczajnie źle.

"Becoming” to autoportret wyjątkowej, mądrej i zdolnej kobiety, ale to też książka o dramacie, którego Obama nie opisuje wprost, który tylko sugeruje - będąc nowoczesną, wykształconą kobietą, ale jedocześnie kochając “przywódcę wolnego świata” musi się poddać patriarchalnym regułom, które ustalili ludzie ponad dwa wieku temu. Dysonans poznawczy, który się tu rodzi jest zasypywany opowieścią o poświęceniu w wychowaniu córek, o zakładaniu ogródka, o oporach przed zatrudnieniem własnego kucharza. Nie wiem co mnie naszło, by kilka wieczorów (to ma aż 500 stron!) spędzić z Obamą, wcale po tym nie lubię siebie bardziej. Na swojej drodze warto spotykać z pewnością wartościowych i mądrych ludzi, ale też mądrzejsze i bardziej wartościowe książki niż “Becoming”.

"Nie miałam zresztą większego wyboru" przyznaje na 252 stronie autorka. Wy jeszcze macie.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Skąd się biorą dzieci? Podaj miasto