Ośrodek KARTA, Konrad Barnard Świerczyński

Konrad Barnard Świerczyński, "Przemytnicy życia"

Nawet nie wiecie, jak trudno sfotografować książkę ze srebrną, lustrzaną okładką, ufff.

Reporter Bernard Konrad Świerczyński po latach spisuje swoje wspomnienia o przedwojennej warszawskiej Woli, skupionej wokół bazaru Kercelak, ale także – a może przede wszystkim – o szmuglu do getta, o przemycaniu jedzenia, towarów, ludzi przez mur, w obie strony. Jest to książka ciekawa jako świadectwo, ale też jako twór literacki. Świerczyński pisze w konwencji przygodowej: są chłopaki z ferajny, kierownik karuzeli, zwany „Sopki Mandżurii”, Stefan, prowadzący na bazarze cukierkową loterię, Chaim, szef żydowskich tragarzy spod Hali Mirowskiej. Kombinatorzy, ale z honorem i zaśpiewem, zawsze przestrzegający niepisanego kodeksu ulicy i stający w obronie swoich. „Swój” oznacza tutaj człowieka z sąsiedniej kamienicy, z tej samej bramy, z podwórka. Narodowość nie ma znaczenia i to u Świerczyńskiego bardzo widać. Znajoma, oswojona Wola przedzielona zostaje murem, za którym nie znajdują się „oni”, ale dawni sąsiedzi, współpracownicy, koledzy ze szkoły, którym trzeba pomagać. To prawda, niektórzy na tej pomocy zarabiają. Ale przecież ryzykują. To prawda, są szmalcownicy i świat, obojętny na tragedię getta. Ale tego Świerczyński nawet z perspektywy lat nie potrafi zrozumieć.

Jak wspomniałam, ciekawa jest warstwa literacka. Świerczyński kreuje się na chłopaczka z ulicy, swojskiego urwisa, który coś tam o szmuglu może i wie, coś tam robi, ale niezbyt zagłębia się w detale. Tymczasem z dodanych do książki szkiców biograficznych (Karta znakomicie opracowała ten tom, co zresztą jest w ich przypadku regułą) dowiadujemy się, że był wychowany w inteligenckim domu, nie chodził do szkoły, bo jego edukacją zajmował się ojciec, działacz anarchistyczny, i jego towarzysze. Podczas wojny uratował z getta kilkanaście osób, w tym swoją ukochaną Halinę, z którą w 1944 roku wziął ślub, w 1972 został Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata (o czym dowiedział się przypadkiem, od znajomego, MSZ na jego prośbę o wyjazd wyjaśnił uprzejmie, że przecież medal można przesłać pocztą). „Przemytników życia” czyta się jak powieść przygodową z przesmutnym finałem (aż zwiędłam w fotelu) – Świerczyńskiemu taka stylizacja wydała się najwłaściwsza. Nie dokument, nie oskarżenie, ale łotrzykowska historia o chłopakach i mężczyznach, którzy byli do końca wierni swoim zasadom.

Polecam z całych sił, książka ciekawa, świetnie opracowana, wielowarstwowa, a jeżeli ktoś spędził 30 lat na pograniczu Woli i Muranowa (to ja) – niezwykła mapa okolicy, która zmieniła się nie do poznania.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody