Znak, Rafał Pasztelański, Joanna Pasztelańska

Rafał Pasztelański, Joanna Pasztelańska, "Strażacy"

„Nie baw się zapałkami dziecino dopóki rodziców nie ma w domu. Jak już dzwonisz po pomoc, to lepiej do Straży Pożarnej, bo Zorro za dużo gada” (moje życiowe motto ze zbioru Kokoryny)

Zamówiłam w wydawnictwie „Strażaków”, ponieważ lubię SIĘ DOWIEDZIEĆ – szczególnie w kwestiach niejako przezroczystych. A strażacy, jasna sprawa, gaszą ogień, nie wiem jak dzisiejsze dzieci, ale ja zaliczyłam obowiązkową lekturę o Wojtku, który dostąpił zaszczytu pracy w ww. zawodzie i wystarczyło na pewien czas. Czułam jednak, że być może temat nie został wyczerpany.

Pasztelańscy przedstawiają w ośmiu rozdziałach najsłynniejsze akcje polskich strażaków, dzieląc je według żywiołów i okoliczności: ogień, woda, gruzy, katastrofy komunikacyjne, zdarzenia poza Polską. Głupio przyznać, ale wzbudziło to we mnie olbrzymią falę wspomnień i rozmaitych sentymentów, ponieważ autorzy wybierają wydarzenia, które przeżywała cała Polska, a ja byłam wtedy młoda, taka młoda… Pamiętam supergorące lato 1992, kiedy w Kuźni Raciborskiej spłonęły lasy (a ja siedziałam u babci w Mińsku Mazowieckim i byłam dopajana piwem bezalkoholowym, bo ktoś z rodziny usłyszał, że to zapobiega odwodnieniu). Pamiętam pożar hali w Gdańsku podczas koncertu Golden Life, bo czytałam wtedy Bravo. Pamiętam Wielkanoc, kiedy wybuch gazu zmiażdżył dwa piętra bloku (także w Gdańsku), bo następnego dnia układałam na ten temat głupie wierszyki w szkole i dostałam burę od rodziców. Powódź 1997? Mojaaa i twojaaa nadziejaaaa (oraz znów wakacje u babci, czy ja nie byłam już na nie za stara??). A kiedy pod ciężarem śniegu zawaliła się hala w Katowicach, jechałam na ferie z pierwszym poważnym chłopakiem, pamiętam, było bardzo zimno i nie wzięłam czapki…

Wypisuję te wszystkie głupoty, zamiast skupić się na strażakach, ale też książka Pasztelańskich jest specyficzna – dwa razy odłożyłam ją ze złością, żeby potem truchtem i boczkiem wrócić do lektury. W warstwie technicznej widać brak stanowczej redakcji: czasami powtarzają się informacje, czasami przydałoby się wyrzucić trochę technicznych detali z dziedzin innych niż strażactwo, bo dla laika nie mają znaczenia, inne ważne rzeczy z kolei nie zostają wyjaśnione (np. ciekawie zapowiada się pasaż o konstrukcji gdańskiego bloku, ale kilka zdań nie naświetla wystarczająco jej zalet). Puszczono sporo głupich stwierdzeń – w rozdziale o powodzi jedna z mieszkanek Opola mówi: „Już kiedyś byłam w takiej sytuacji, kiedy wywozili nas na Sybir. Miałam 20 minut na spakowanie się”. Na Sybir?? Długowieczna kobieta! W części o katowickiej hali, oprócz upartego powtarzania informacji o gołębiach, które jak zjawy siedziały na ruinach budynku, pada WAŻNA INFRMACJA: „Nadbryg. Skulich pamięta też, że pierwsze, co przyszło mu wtedy na myśl, to, że nic nie dzieje się przypadkiem. Że zawsze są jakieś sygnały ostrzegawcze. Tylko zazwyczaj nikt ich nie czyta. Przecież już pod koniec grudnia zaczęły się dziać różne rzeczy. W Niemczech coś się zawaliło, w Polsce też runął gdzieś dach w Małopolsce. I za każdym razem było o włos od tragedii”. Autorzy lubią w ogóle metafizyczne wtręty: a to natura pomaga, a to ogień szaleje, „jakby zniewoliły go złe moce”.

Najbardziej drażniło mnie jednak, że przez część książki Pasztelańscy z upodobaniem opisują same tragedie – owszem, strażacy są na scenie wydarzeń, oglądamy ją ich oczami, ale o samej pracy, o jej specyfice, dowiadujemy się niewiele. Sztandarowym przykładem jest rozdział o powodzi 1997. Jeszcze gorsza jest dla mnie skłonność do epatowania obrażeniami ofiar. Rozumiem, że autorzy chcieli podkreślić jak traumatyczna jest praca strażaka, który szuka ciał i uczestniczy w ich wydobywaniu, ale po co szczegółowa lista obrażeń ofiar wybuchu gazu? Po co wielokrotne opisywanie ciał wprasowanych w drzewo w wypadku autobusu w Kokoszkach w 1994? W rozdziale o pożarze hali widowiskowej w Gdańsku więcej miejsca poświęcono płonącym twarzom nastolatków niż przyczynom tragedii. Dlatego odkładałam tę książkę. Ale jednak reportaże Pasztelańskich są napisane z pewną werwą, no i pozostaje ta pusta, ludzka ciekawość, każąca gapić się na ofiary nieszczęść i cieszyć się kątem duszy, że to oni, nie my. I dlatego do niej wracałam. 

Naprawdę wartościowy jest za to ostatni rozdział, poświęcony wyjazdowym akcjom polskich strażaków (trzęsienia ziemi w Turcji, w Nepalu, na Haiti). Tam znalazłam wreszcie informacje techniczne, które mnie interesowały. Kto pracuje, jak pracuje, dla kogo, kto dowodzi, jak się pakuje sprzęt, kto płaci, skąd się biorą psy szkolone do poszukiwań ludzi pod gruzami etc. Żałuję, że pozostałym częściom brakowało tego profesjonalnego sznytu.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej