W.A.B, Łukasz Witczak, Trevor Noah

Trevor Noah, "Nielegalny"

Rok zaczęłam od desperackiej próby odchudzenia papierowych stosów do przeczytania, stąd Trevor Noah w przekładzie Łukasza Witczaka. Słyszałam mnóstwo zachwytów nad tą książką, spodziewałam się nie-wiadomo-czego, dlatego się rozczarowałam, przynajmniej częściowo.

Noah, urodzony ze związku czarnej kobiety i białego mężczyzny w apartheidowym RPA, jest kimś pomiędzy – według obowiązującego prawa niepowinien istnieć (stąd tytuł). Czarna rodzina traktuje go jak białego – wolno mu więcej, babcia obchodzi się z nim łagodniej niż z chmarą kuzynów, obrywającą przy byle okazji. Nie jest tak, że Noah jest bardziej przez nią kochany, jest w jej oczach inną istotą. Dla białych jest oczywiście czarny. Istnieje wprawdzie grupa „kolorowych”, ale wśród nich Noah też średnio się odnajduje, bo wychowywany jest jednak w czarnej rodzinie, przez bardzo wyemancypowaną matkę, z wdziękiem łamiącą wszelkie zasady. Życie pomiędzy, szukanie swojej tożsamości, prześlizgiwanie się w poprzek podziałów. To jest ta ciekawa część książki. Nie miałam pojęcia o tym, jak działała w praktyce południowoafrykańska segregacja, Noah znakomicie pokazuje jej mechanizmy, oparte na zasadzie „dziel i rządź”. 

Zawiodłam się natomiast na części humorystycznej, autor nie trafił w moją częstotliwość. Pomijam zachwycającą scenę, w której chłopak z ulicznej ekipy Noaha, noszący wdzięczne imię Hitler, występuje w żydowskiej szkole z pokazem tańca (co prowadzi do rozważań na temat ofiar Holocaustu, policzonych i upamiętnionych, zestawionych z bezimiennymi i nieudokumentowanymi rzeszami Afrykańczyków, zamordowanych przez kolonizatorów). Generalnie jednak miałam wrażenie, że jakoś się z Noahem rozmijamy. Tam, gdzie spodziewałam się mocnej refleksji czy chociaż spojrzenia z dystansu, znalazłam pobieżny chichot. Strasznie zabolał mnie rozdział o tym, jak Noah i jego czarnoskóry kolega kradną ze sklepu słodycze. Kolega zostaje złapany i wyrzucony ze szkoły, Noah wymyka się przez oka systemu ze względu na swój niejasny status rasowy: na nagraniu z kamery przemysłowej jego skóra jest jasna, więc policjanci nie rozpoznają w siedzącym przed nimi Trevorze chłopaka ze sklepu. Miałam nadzieję, że Noah napisze coś o koledze, którego szanse na zdobycie edukacji i poprawienie swojego statusu zakończyła definitywnie głupia kradzież czekoladek. On jednak milczy, ciesząc się ze swojej fartownej ucieczki. Tak samo ubódł mnie fragment o handlowaniu na ulicy wszystkim. W pewnym momencie Noah pisze, że kobiety, które miały dług w jego „firmie”, często spłacały go, wypożyczając Trevorowi i jego kumplom swoje niedostępne, piękne córki na randki i imprezy. Ponownie: rozumiem, że chłopakom z ulicy to nie przeszkadzało, ale dorosły Noah, piszący dużo i mądrze o emancypacji swojej matki, mógłby zdobyć się na refleksję na temat wymiany, której przedmiotem jest dziewczyna. A jednak tej refleksji tutaj nie ma.

Podsumowując: dobra książka, ale nie umiem czytać jej bezkrytycznie.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?