Znak, patronaty, Malwina Pająk

"W WARSZAWIE ŁATWO ODPŁYNĄĆ" - wywiad z Malwiną Pająk

[WSZ] Skąd jesteś?

[MALWINA PAJĄK] Z Kielc.

Jak długo w Warszawie?

Prawie osiem lat.

Przyjechałaś tu, ponieważ…?

Praca. Zajęłam się public relations, ale tak naprawdę chciałam być dziennikarką. I to się udało, chociaż nigdy nie pracowałam w redakcji, zawsze byłam freelancerką. W ogóle to najpierw były studia w Lublinie, z których uciekłam po pierwszym roku, przeniosłam się do Wrocławia. Nie miałam parcia na Warszawę, choć wszyscy powtarzali, że skoro chcę pracować jako dziennikarka, powinnam zamieszkać w stolicy. Warszawa wydawała mi się głośna, pełna sprzeczności, chaotyczna. Miałam wrażenie, że nie będę się w niej czuła dobrze, a jednak, prędzej czy później musiałam tutaj trafić. Ryczałam jak bóbr, kiedy wyjeżdżałam z Wrocławia. Pierwsze chwile w Warszawie były trudne, czułam się bardzo osamotniona. Teraz nie wyobrażam sobie mieszkania w innym mieście. Przynajmniej nie w Polsce. 

Bohaterki Twojej powieści wsiąkły w Warszawę. Długo dojrzewałaś do napisania książki?

Całe życie. Piszę od dzieciaka. Wiesz, najpierw jakieś wierszyki, opowiadania, później konkursy literackie, gazety szkolne… Już w wieku siedmiu lat mówiłam, że chcę zostać pisarką, wydać własną powieść. Długo miałam poczucie, że nie wiem, jak się do tego zabrać. Zaczęłam prowadzić bloga i po pewnym czasie odezwało się wydawnictwo…

O czym jest Twój blog?

Blog kiedyś był, nazwijmy to, lajfstajlowy, dziś jest bardziej społeczny. Kiedyś było tam więcej o relacjach damsko-męskich, teraz piszę po prostu o ludziach, wchodzę w politykę, poruszam tematy mniej wygodne, które mnie osobiście uwierają. Przerobiłam ten moment „bycia influencerką”, gdy zapraszali mnie do mediów jako „ekspertkę od związków”. Wtedy też zarabiałam na blogu. Ale on od początku miał być projektem osobistym, moim miejscem w sieci prowadzonym na własnych zasadach, dlatego gdy poczułam, że blog zaczyna się za bardzo komercjalizować, powiedziałam „stop”. Pomyślałam, że wolę być fair wobec siebie i czytelników niż bogata (śmiech).

Pisałaś już w tym czasie książkę?

Oczywiście. Bloga prowadzę od sześciu lat, włożyłam w niego wiele energii, ale pisanie powieści pochłonęło mnie o wiele bardziej, no i zajęło jednak mniej czasu, bo ponad rok. Nie chcę zbytnio łączyć bloga z Lukrem. Nie chcę być „kolejną blogerką, która napisała książkę”. Cieszę się, że duże wydawnictwo postanowiło wydać moją powieść. Dla mnie to wyznacznik, że książka ma potencjał i jest po prostu dobra. Self-publishing od początku nie wchodził w grę, uważam, że to nie jest droga dla powieściopisarza, który podchodzi ambitnie do swojej pracy i chce zaistnieć w świecie literackim.

Lukrze też wyrażasz swoje zdanie na całkiem kontrowersyjne tematy.

Wypowiadam się radykalnie, bo żyjemy w takich czasach, że trzeba potrząsnąć ludźmi, metaforycznie przywalić między oczy. Zwłaszcza jeśli chodzi o tematy bezpośrednio dotyczące kobiet. Grzeczne już byłyśmy. Jeżeli chcę coś powiedzieć na głos, to po to mam moje narzędzie, przysłowiowe pióro, by to zrobić. Skręciłam mocno w stronę feminizmu, problematyki społecznej, co oczywiście przeszkadza wielu czytelnikom bloga z dawnego okresu. Zobaczymy, jak odbiorą książkę.

O kim ją napisałaś?

Opowiadam o losach dwóch bohaterek, Anki i Julki. Każda z nich – pozornie – żyje w innej Warszawie.

Anka, wydawać by się mogło, ma wszystko – pieniądze, karierę, faceta, który jest ambitny, przystojny i do tego młodszy od niej. Stać ją na fajne ciuchy, dobre wino, jest ładną panią z agencji reklamowej. Tymczasem w domu czekają na nią wyłącznie pustka i kłopoty – i osobiste, i zawodowe.

Po drugiej stronie mamy Julkę, która uciekła do Warszawy, wyrwawszy się z małego domowego piekiełka. Jest młodsza od Anki, ma mniej komfortowe warunki życiowe, pracuje w knajpie i przypadkowo zostaje wplątana w sprzedaż kokainy, naiwnie licząc na to, że zarobiona kasa pomoże jej w nowym starcie.  

Wydaje się, że każda z nich funkcjonuje według innych reguł, ale bardzo wiele je łączy. Obie cechuje poczucie wyobcowania, samotności, braku spełnienia. Choć próbują przed tym uciec, definiują siebie przez pryzmat oczekiwań innych. Obie wpadają w zapętloną gonitwę za lepszym życiem, chyba nawet nie do końca wiedząc, czego potrzebują, bo zdążyły się już w Warszawie pogubić. To miasto nie ułatwia wyciszenia. Brakuje momentu, gdy człowiek siada na tyłku i zamiast szukać wrażeń, po prostu myśli, zadaje sobie pytania: kim jestem, jaka chcę być, co jest dla mnie ważne i tak dalej. To właśnie moje bohaterki będą musiały odkryć.  

Zaskoczyło Cię tempo życia Warszawy?

Tak, na początku myślałam, że to mit, ale w praktyce rzeczywiście wszyscy się gdzieś spieszą. Gdy kogoś poznajesz, to drugim pytaniem – po tym, jak ci na imię – jest „a gdzie pracujesz, a czym się zajmujesz?”. To trochę straszne. Wszyscy szukamy jakiegoś katharsis, zen, drugiej strony tęczy. Oczywiście, teraz ironizuję. Ale bez kontaktu ze sobą w dupie będziesz… dalszy ciąg znasz.

Jest taki moment, gdy wydaje się nam, że Twoim bohaterkom się uda. 

Jedna ucieka od uczucia, zaangażowania, boi się go. Jednocześnie poznaje kogoś, kto zaczyna ją fascynować i odpowiada na jej stłumione potrzeby ciepła i wsparcia. Przestaje się bronić, zostaje skrzywdzona. Druga jest zmęczona swoim związkiem i karierą, czuje się zniewolona, zmanipulowana. Zaczyna uciekać od ograniczeń, przyjmowania narzuconych ról i dochodzi do wniosku, że przez te wszystkie lata robiła rzeczy, których nie chciała. W życiu, w pracy, wszędzie się oszukiwała. 

I w seksie…

Tak! Zależało mi, żeby pokazać, że u Anki seks zdechł – było fajnie, ale później codzienność i niedopasowanie zabiły wszystko. Coś się wypaliło, ona zignorowała własne potrzeby. Gdy wraca dawna miłość, okazuje się, że jednak nie do końca, że może jest szansa na zmianę… 

Julka ma inne podejście do seksu.

Dla niej seks jest rozrywką – ma być fajnie, przyjemnie. Nie ogranicza się schematami takimi jak płeć. Chciałam pokazać płynną seksualność Julki. Nie da się określić jej orientacji. Może jest panseksualna, biseksualna, a może po prostu lubi się bzykać. Bardzo zależało mi na udowodnieniu, że seks i sceny seksu nie muszą być patriarchalne – w tym znaczeniu, że nawet gdy pisarz stara się skonstruować scenę erotyczną z punktu widzenia fantazji kobiety, to ogranicza się zwykle do jednej, męskiej dominacji. Pejcz, kajdanki… No i wszystko jest hetero. Nie ma miejsca na różnorodność, a przecież możesz być w takim związku, w jakim chcesz – z kobietą, z mężczyzną, z osobą transseksualną, a może z kilkoma osobami? Chodzi o to, żeby każdy czerpał przyjemność z takiego scenariusza, jaki jemu odpowiada, oczywiście nie krzywdząc przy tym innych. Dla wielu ludzi to może być nie do przejścia. Możliwe, że odrzucą Lukier, już po pierwszym rozdziale, gdzie Julka mówi, że nigdy nie widziała kobiety z tak wielkim kutasem. 

Jako debiutantka od razu dotykasz bardzo wielu tematów. Nie boisz się, że media zrobią z Ciebie ekspertkę od narkotykowej Warszawy i seksu w wielkim mieście?

Eksperta od narkotykowej Warszawy już mają… Ja nie odkrywam świata na nowo, nie na tym mi zależało. Chciałam napisać powieść o dwóch silnych kobietach i pokazać, jak obce sobie osoby, żyjące zupełnie inaczej, mogą dzięki przypadkowemu spotkaniu odmienić swoje życie. Instynktownie pragniemy, by wydarzyło się coś dobrego, żeby ich życie rzeczywiście się zmieniło. Ale czy tak będzie?

To nie jest książka na pocieszenie, ale też nie jest to literatura oparta na taplaniu się w bagnie i samobiczowaniu. Jest trochę humoru, sarkazmu, autoironii. Nikt nie ma łatwo, życie nie jest łatwe… No wiesz, trochę może Paulo Coelho, ale taka jest prawda – dopóki nie poradzisz sobie z własnymi demonami, nie obalisz schematów, dopóty nie zaznasz spokoju, nie będziesz szczęśliwy. 

Nasz instaświat jest bardzo szczęśliwy.

Dlatego przestałam obserwować większość profili, zaglądam tylko do bliskich mi osób albo na profile popkulturalne, artystyczne, żeby nie uczestniczyć w tym spektaklu próżności i fałszu. Na moim Insta znajdziesz zwierzaki i durne miny, fotografuję artefakty codzienności. Staram się bronić przed kreacją i sztucznością.

Kuba, partner Anki jest jakby wyciągnięty z perfekcyjnego profilu na Insta. 

Jest cyborgiem. To przerysowane, ale jednak, uosobienie człowieka naszych czasów, który we wszystkim musi być świetny – musi doskonale wyglądać, mieć kasę, karierę, pasję i wszystko pod kontrolą, bo tylko wtedy ma poczucie, że tak naprawdę jest coś wart. Nie pozwala sobie na spontaniczność, nie odpuszcza. Nie skupiałam się bardzo na jego postaci, bo najważniejsze dla mnie są moje bohaterki, Anka i Julka, ale nawet na jego przykładzie widać, że jest to książka o poszukiwaniu tożsamości w świecie, gdzie każdy goni za jakimś wirtualnym jednorożcem. To rzecz nie tylko o samotności w wielkim mieście, ale też o władzy, kontroli i przemocy, zwłaszcza tej psychicznej, ukrytej, której gołym okiem nie widać, a która przecież towarzyszy nam codziennie…

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Romansowa Teresa