Jerzy Edigey

Jerzy Edigay, "Dzieje jednego pistoletu"

Piszę o książkach już od ładnych kilku lat, a do tej pory nie wysmażyłam większego tekstu na temat mojej kolekcji kryminałów milicyjnych. Dziwne, ale do nadrobienia. 

Oto jeden z okazów, „Dzieje jednego pistoletu” Jerzego Edigeya. Autor eksperymentuje tutaj z formą i pisze coś w stylu reportażu z rabunków, które nigdy się nie wydarzyły. Byłam tym faktem mocno zdziwiona, googlując zawzięcie daty inazwiska po zakończeniu lektury – Edigey dokładnie opisuje topografię warszawskich uliczek (Bielany, Nowy Świat i jego zaplecze w postaci ulicy Wareckiej i Tuwima), odtwarza pieczołowicie godziny, szczegóły, pogodę, przebieg napadów na konwojentów pieniędzy – byłam PEWNA, że czytam o nieznanym mi fragmencie historii Warszawy. Tymczasem to wszystko fikcja. Nie było serii zuchwałych kradzieży, podczas których złodzieje zabijali niewinnych pracowników państwowych instytucji kulami z pistoletu, skradzionego wcześniej zamordowanemu sierżantowi Stefanowi Kalisiakowi.

Jest to książka szalenie klimatyczna, ładnie opisująca Warszawę lat 60. i małą stabilizację, migającą w urywkach zeznań świadków. Urzędnicy jedzą polędwicę i bułeczki, studenci piją czarną kawę w barach, milicjanci w podgumowanych płaszczach pilnują porządku w deszczowe noce – i tylko kapitan Makowski do późnych godzin siedzi w Pałacu Mostowskich, w jego oknie pali się wciąż światło: tajemnica pistoletu Kalisiaka pozostaje nierozwiązana. Do czasu, kochani obywatele i obywatelki, do czasu.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?