Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Zofia Bogusławska

Zofia Bogusławska, "Mazowieckie dróżki"

PONURA I OCZYTANA, czyli o nowoczesnym wychowaniu sto lat temu

Grzebanie w książkach nadgryzionych zębem czasu nie zawsze jest gratyfikujące – czasami trafiam na autorkę, która niezbyt chce odsłonić swoje tajemnice. Prosimy Zofię Bogusławską! Nie ma pani nawet notatki na Wikipedii, co my z tym zrobimy? Pozostaje tylko skrzydełko książki – debiut przed wojną, potem cieszące się dużą popularnością powieści dla dzieci i młodzieży, w których akcentowana jest „potrzeba ciepła i poczucia bezpieczeństwa w wychowaniu, potrzeba dobroci i odpowiedzialności w stosunkach między ludźmi, zwłaszcza zaś znaczenie więzi pokoleniowych i tradycji rodzinnych w kształtowaniu osobowości”. Daty życia pozostają nieznane, nie wiem, jak autorka wyglądała – wprawdzie w „Mazowieckich dróżkach” pojawiają się fotografie wyglądające na archiwalne, ale w 1980 roku Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza nieszczególne przejmowała się opisem wykorzystanych materiałów. Opracowanie graficzne Jakub Erol. Co to za zdjęcia? Nie wiadomo.

Wzmiankowane „Mazowieckie dróżki” to moje drugie podejście do autorki – zaczęłam od wygrzebanej na bibliotecznej wystawce „Dziewczynki z przewozu”. Akcja powieści rozgrywa się na Pomorzu, tuż po wojnie – oto do zrujnowanej chaty przy promie wraca stary przewoźnik z przysposobioną sierotką, Anielką. Żona umarła, synowie dorośli i zaczęli własne życie, zostało ich dwoje i zniszczony dom na ukochanej, polskiej wreszcie ziemi, oj dana. „Dziewczynka z przewozu”, pisana lekko stylizowanym językiem, to powieść pozytywistyczno-patriotyczna, pisana ku pokrzepieniu serc na fali nowej niepodległości – bo oto chata pod czułymi dłońmi Anielki i jej ojca odradza się i cieszy oko, a to firanką, a to pelargonią, a to pachnącymi groszkami, pnącymi się po płocie. Sierota Anielka wyrasta trochę na Anię z Zielonego Wzgórza: jest radosna, pracowita, empatyczna, zdolnościami zawstydza koleżanki z bogatszych domów, a kiedy ojciec nie może już finansować jej nauki w Seminarium Nauczycielskim, sama zaczyna zarabiać, udzielając lekcji. W finale rezygnuje z otwierającej się przed nią karierą śpiewaczki, żeby zostać prowincjonalną nauczycielką i mieszkać blisko domu. W tle mamy tajemnicę niczym z wiktoriańskiej powieści: zaginione niemowlę, żebraka i ponurego dziedzica w domu otoczonym mrocznym ogrodem. Do tego nutka Orzeszkowej: powstańcza mogiła, o której pięknie opowiada stary przewoźnik, poruszając młode serca.

U Bogusławskiej jest też wiele momentów dziwnych, na przykład domek dla lalek, którym bawią się dziewczynki w 1918 roku: 
„ – A to są dwaj biedni chłopcy w służbie złego plantatora, Tom i Sam – mówiła, podnosząc w górę pudełeczko, w którym leżało dwóch maleńkich Murzynków w kolorowych spodenkach. – Muszą ciężko pracować, a patrz, jak nędznie sypiają, nawet nie mają poduszeczki. Ale niedługo przyjedzie na wozie wuj Jim i wykradnie ich z niewoli!”.

Nie spodziewałam się, że takie laleczki (i opowieści) obecne były w Polsce dwudziestolecia. Dziewczynki zaczytują się też „Małymi wygnańcami”, książką o rozbitkach (googlowanie nie pozwala jej odnaleźć), potem ich pasją staje się kino („W szponach przeznaczenia”, bez rezultatów w wyszukiwarce). Zastanawiam się także, czy znakomity, siwy pedagog z rzadką bródką i oczami patrzącymi dobrotliwe zza okrągłych szkieł okularów na Anielkę ma być nawiązaniem do Korczaka/Korczakiem. „Jednej rzeczy teraz żałuję. Że zostałem starym kawalerem i nie mam córki chociaż trochę podobnej do tej jasnowłosej bibliotekarki”. Do tego mamy jeszcze znakomity opis krzepkich dziewczyn rywalizujących ze sobą podczas święta sportu (nie wiem czemu, ale od razu widzę berlińskie kadry Riefenstahl) oraz obrazki z Torunia lat 20.

Kiedy wrzuciłam opis „Dziewczynki…” na Kurzojady, Agnieszka Rybkowska (pozdrawiam!) poleciła mi w komentarzu „Mazowieckie dróżki”, stanowiące coś w rodzaju autobiografii autorki. Książka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: babcia-pisarka, pędząca spokojny żywot przy biurku, obserwuje początki burzliwego dorastania wnuczki, Katarzyny. Pierwsze próby niezależności, na razie negocjowane jeszcze z rodzicami, marzenie o wyjeździe pod namiot z przyjaciółką i jej dziadkiem. Zabiegani rodzice nie bardzo mają ochotę wypuścić jedynaczkę spod skrzydeł, babcia i dziadek subtelnie przekonują, że nic tak nie rozwija jak dzikie wakacje na łonie natury. Oczekując na wiadomości od Katarzyny, babcia wspomina własne dzieciństwo, dorastanie, młodość.

Nie jest to fabuła zbyt pasjonująca, to w zasadzie wcale nie jest fabuła – wspomnienia narratorki układają się w opowieść o formowaniu się wrażliwości, przekonań, gustów. Gosia przybywa do Polski w roku 1901 z Baku, jako niemowlę na rękach rosyjskiej niańki. Jej ojciec wraca do kraju po czterdziestu latach w służbie telegrafisty. Dekady spędzone w egzotycznych stronach nie zdołały go wykorzenić ani skazić: pięknie mówi po polsku, prenumeruje warszawską prasę, po śmierci pierwszej żony bierze ślub z jej młodszą siostrą, córą ziemi włocławskiej. Dwóch jego synów zmarło, dwóch dorosło, mała Gosia jest natomiast wychowywana według nowoczesnej myśli pedagogicznej szwedzkiej działaczki i pisarki Ellen Key, akcentującej prawo dziecka do nieskrępowanego rozwoju według indywidualnych zainteresowań, a nie narzuconych zasad (Maria Montessori uważała Key za prekursorkę właściwego myślenia o dzieciach). W związku z tym nikt nie temperuje zbyt mocno dziewczynki, która wyrasta na dziecko wrażliwe, skryte i, według opinii krewnych i znajomych, ponure. Takie panienki nie są zbyt dobrze postrzegane na początku XX wieku. Zresztą nie oszukujmy się, ile razy w roku 2018 słyszymy „Uśmiechnij się”, wypowiadane przez osoby zupełnie przypadkowe? Nadal niedobrze być skwaszoną osobą płci żeńskiej.

W zasadzie jedyną rozkoszą tej lektury (rozkoszą specyficzną, przeżywaną przez osoby zmanierowane i nieposiadające ciekawszych zajęć w życiu), jest tropienie lektur, które formują bohaterkę – bo o tym właśnie są „Mazowieckie dróżki”, o dorastaniu przez obcowanie z tradycją i kulturą (oraz o mazowieckich miastach: Płock, Tarczyn – ich mieszkańcy i mieszkanki odnajdą pewnie w opisach Bogusławskiej fragmenty znajomych pejzaży). 
Ukochana książka „Kręte drogi”, nazwisko autora zniknęło w niepamięci narratorki. Seria „Moje książeczki”. Doktor Muchołapski, stworzony przez Erazma Majewskiego. „Latorośle”, drukowane w Tygodniku Ilustrowanym. Wizyty w Zachęcie, teatrzyki uliczne oglądane przez okno. „Wesele” i „Klątwa”, czytane na bieżąco, ze smutną świadomością, że autor choruje. Emilia Plater i Maria Skłodowska-Curie, które udowadniają, że kobiety są równe mężczyznom – a do kompletu z nimi inne nazwiska, przewijające się w panteonie inspiracji: Aniela Szycówna, Florentyna Nightingale, Selma Lagerlof, Joanna d’Arc, Maryla Wrede, Józefa Joteyko i Izabela Zbiegniewska, „ostania Entuzjastka”, którą Gosia ma jeszcze szansę poznać osobiście podczas pobytu we Włocławku. Znakomity materiał do googlowania, znakomity punkt wyjścia do prywatnych odkryć herstorycznych.

Mistrzem ojca Gosi jest Aleksander Świętochowski – i po niego sięga dorastająca dziewczyna. „Oto Damian Capenko, Karl Krug, Chawa Rubin. Wszyscy giną i to gdzie? W naszym kraju, z rąk Polaków. Dlaczego? Byli ludźmi spokojnymi, uczciwymi. Chcieli zarabiać na swe życie, nie wadząc nikomu. Owszem, wadząc. Czym swoją obcością. Okazuje się, że się nie lubi obcych, tych, którzy różnią się od nas mową, strojem, kolorem skóry, religią, narodowością. Wszystko w nich razi albo śmieszy, wydaje się godne pogardy. Wtedy bij-zabij, utrącić takiego za to, że się wciska między nas i zabiera sprzed nosa pracę i zarobek”. Kolejne opowiadanie Świętochowskiego, które czyta Gosia, jest protestem przeciwko okrucieństwu wobec zwierząt, prowadzonych na rzeź. Mam nieodparte wrażenie, że Świętochowskiego przydałoby się czytać i dziś.

„Mazowieckie dróżki” urywają się niespodziewanie w przeddzień prawdziwej dorosłości bohaterki, w roku 1918. Polska jest wreszcie niepodległa, a Gosia, oszołomiona niedawną lekturą „Wesela” nie może się nadziwić: „Jak nam to wyszło”? Nie dowiemy się też, kim był Janek, któremu obiecała małżeństwo, chociaż to jego dotyczy ostatnie zdanie książki.

Jeżeli ktoś posiada więcej informacji o Zofii Bogusławskiej, niech nie waha się nimi podzielić (kurzojady@gmail.com). Może ktoś był jej sąsiadem, może uczniem? Dziwnymi dróżkami chadza pamięć, nie tylko mazowieckimi.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Erna Eltzner to bohaterka powieści jakiej autorki (podaj nazwisko)