Agora, Krzysztof Kurek, Rose McGowan

Rose McGowan, "Odważna"

Trochę bałam się tej książki: że będzie to celebrycki produkt, ujeżdżający falę nośnego tematu (to, że McGowan jest jedną z inicjatorek #metoo nie czyni z niej dobrej pisarki, myślałam). Niepotrzebnie –w „Odważnej” są momenty nieznośnie egzaltowane i coachingowe, ale skłonna jestem przymknąć na to oko, ponieważ to ważna książka z istotnym przekazem.

McGowan opisuje dzieciństwo we włoskiej komunie, przeprowadzkę do Stanów, absolutnie niewydolnych rodzicielsko matkę i ojca. Dorastanie w niestabilnej rodzinie nie daje kompetencji do bycia pewną siebie, dorosłą osobą, która jasno stawia granice i potrafi ich bronić – a jeżeli jeszcze jesteś ładną dziewczyną i trafiasz na ludzi wyczuwających w tym niezły interes, to masz przechlapane. 

Z jednej strony McGowan nie pisze niczego nowego – wiemy na jakimś poziomie, że Hollywood to nie jest fabryka snów, tylko bezlitosny biznes, zarządzany przez bogatych, białych facetów. A jednak relacja ze środka piekła szokuje – serio. Mamy przecież wrodzone nieomalże przekonanie, że aktorki są piękne, sławne i bogate – no i co, taka osoba nie może dać molestującemu producentowi po łapach, wyjść z pokoju, tupnąć nogą i grać gdzie indziej? McGowan pisze wyraźnie: aktorki są mięsem armatnim, nie mają absolutnie nic do gadania. Amerykańskim przemysłem filmowym rządzą mężczyźni, oni projektują dla nas wizje kobiecości, oni kreują i niszczą kariery. Nie ma „gdzie indziej”, wszędzie jest tak samo. Presja ciążąca na aktorkach, jest olbrzymia. I tak, mogą wyjść i trzasnąć drzwiami. Dokładnie tak, jak my wszystkie. Nie mają więcej mocy. Często są tak samo zagubione i zaskoczone tym, co się dzieje: że nagle ten czy inny pan objawia się bez spodni, kolejny nie trzyma rąk przy sobie i jakoś nikt nie pali się do jego demaskowania i stawania w obronie molestowanych. Wręcz przeciwnie: kiedy ofiara szuka pomocy, okazuje się, że wszyscy wiedzą, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Ale nikt nie powie wcześniej: słuchaj, nie wchodź tam. 

McGowan pisze, że występowanie w filmach pełnych przemocy, nawet zamienionej w popkulturową konwecję, wyjaławia i niszczy. Pisze, że oglądanie ich także przytępia wrażliwość. Co czujemy patrząc na bohaterki Tarantino i Rodrigueza, które walczą ze sobą na noże, są duszone, bite, poniżane – nawet, jeżeli ostatecznie triumfują? Przyznam, że bardzo lubiłam filmy obu panów i w dodatku miałam wrażenie, że kobiety u Tarantino są szczególnie uprzywilejowane. Teraz jest mi głupio i zastanawiam się, jak można mieć tak wybiórcze spojrzenie. Dlaczego w „Jackie Brown” śmieszna wydawała mi się scena, w której Louis strzela w brzuch Melanii, bo ta za dużo gada? Serio. Czemu się śmiałam??

I to jest największa zaleta książki McGowan. Niech sobie będzie fragmentarycznie egzaltowana – bo jednak zmusza do myślenia. 
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?