Jakub Małecki, Sine Qua Non

Jakub Małecki, "Nikt nie idzie"

“Nikt nie idzie” Jakuba Małeckiego to książka, w której autor pokazuje, że poszukuje nowych sposobów pisania i eksperymentuje z formą. To cieszy, bo jest to autor, który przy sporym powodzeniu wśród czytelników i czytelniczek nie musiałby wiele zmieniać w swoim pisaniu, a jednak to robi. Małecki ma ambicje, zdania go lubią i choć chyba wciąż czekamy na “tego Małeckiego”, to w “Nikt nie idzie” spotykamy się z literaturą mocno na przekór.

Kiedy kobieta kolekcjonująca fontanny spotyka Mężczyznę Uporczywie Oglądającego Komody wymiana obrączek wydaje się być nieunikniona. Jak i to, że ich dziecko zasypia przy utworze “Łęga z salcesonem". 

Marzena i Antek wydają się być parą całkiem szczęśliwą, czekają aż metro dotrze na Ursynów. Olga o metrze nie marzy. Mieszka koło ronda Wiatraczna, gdzie “rozciągał się głównie rok 2017, ale wystarczyło zejść z chodnika, by zobaczyć leżące między budynkami lata dziewięćdziesiąte, pani kochana, świeże jaja, detergenty tanio, smalec i u mnie wszystko po dwa złote”. 

Olga jest z Igorem, który najbardziej lubi “Park Jurajski” i ma brata. Chyba go ma, bo brat zaginął w Japonii, w czasach, gdy Igor był jeszcze dzieciakiem. Wiecznym zaś dzieckiem będzie Klemens Mazur, niepełnosprawny syn Marzeny i Antka, którego Olga pewnego dnia przygarnie pod swój dach. Z wielu losów i głosów Małecki buduje nielinearną opowieść, która przeskakuje czasy i miejsca (choć trzymając się warszawskich okolic) i jest piękną balladą o potrzebie miłości w świecie, gdzie przeżycie z dnia na dzień wydaje się być największym osiągnięciem, a głębsze uczucia łatwiej wyjawić obcej osobie niż najbliższym. 

Podoba mi się jak Małecki kombinuje, zmuszając czytelnika do wytężenia uwagi i śledzenie losów jego bohaterów. Nie czytajcie “Nikt nie idzie” zmęczeni, raczej weźcie ją ze sobą w podróż, gdzie nikt wam nie będzie przeszkadzał. Mogę wykazać autorowi i szanownym państwu trochę niedociągnięć - niejasne momenty przyczynowo-skutkowe, porzucanie niektórych wątków, nadmierne rozbudowanie innych, może zbyt nierealistyczne pomysły (Japonia!) i lekką kiczowatość niektórych obserwacji, ale mi się nie chce, bo coś sprawia, że polubiłem bohaterów i bohaterki “Nikt nie idzie”. 

Małecki ma jakiś specyficzny talent do opisywania postaci kobiecych, jest wobec nich czulszy i bardziej wyrozumiały niż wobec mężczyzn. Myślę o tej książce jak o balladzie, bo można by podważyć opowieść Małeckiego, domagać się jej urealnienia i ograniczenia warstwy “nieprawdopodobnego”, ale nie ma takiej potrzeby - ballady się snują i opowiadają jakieś wydarzenia o jakiś ludziach. 

Opowieści Małeckiego wciągają, smucą, są nasycone emocjami i klimatem. I jak to ballady - mieszają przeszłość i teraźniejszość, czasem gubią swoje źródła i poddają się przemianom. I jak to ballady - choć mówią całkiem głębokie prawdy o życiu, nie wymagajmy od nich samych, by były wielkimi opowieściami, mającymi opisać cały świat. Małecki opanował doskonale pisanie o wycinku świata, który chce nam przedstawić. Osobiście chciałbym może, żeby pokusił się o “wielką polską powieść”, ale to taka pokusa kolekcjonera, miłośnika opasłych tomiszczy marzącego o “nowej Lalce”. A może po prostu trzeba opowiadać takie historie? 

“Nikt nie idzie” to udana powieść, kilka dobrze spędzonych godzin. Pozostawia niedosyt (zakończenie!), ale pokazuje, że Małecki jest pisarzem stabilnym i ambitnym, balansującym pomiędzy popularną powieścią, a prozą artystycznie wysmakowaną. Chyba takich pisarzy dzisiaj potrzebujemy.I takich książek. Kupcie lub wypożyczcie sobie. Powinno się spodobać.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz