WAB, Izabela Komendełowicz

Izabela Komendełowicz, "Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów"

Ta książka ma dwie olbrzymie wady. Po pierwsze, jest niechlujnie napisana i zredagowana. Po drugie, daleko jej do obiektywności. Trochę się ugotowałam, ale po kolei.

Chociaż nagłówek zapowiada dumnie, że poznamy „Samo życie z perspektywy lekarzy i pacjentek”, głosu pacjentek nie usłyszymy. Komendołowicz rozmawia tylko z ginekologami i ginekolożkami. Rozumiem, tak zdecydowała. Kto w takim razie napisał jej tę mylącą zapowiedź? Istnieje też szansa, że za wkład zwykłych kobiet w tę książkę mam uznać trzy czy cztery pisane kursywą anonimowe historie, opatrzone podtytułem „Z życia wzięte”, pojawiające się bez ładu i składu przy niektórych rozdziałach. Nie, nie uznaję. To naprawdę można zrobić inaczej.

„Ginekologów” najlepiej opisuje słowo „chaos”. Zaczyna się od tego, że autorka spotyka sąsiadkę, okazuje się, że sąsiadka jest ginekolożką. Rozmawiają. Potem seria urwanych wypowiedzi, ginekologicznych dykteryjek o banknotach znalezionych w pochwie, matce i córce, które mają tego samego kochanka, i jeszcze o ciekawych znaleziskach waginalnych (cebula, kieliszek). Niektóre anonimowe (Anna, ginekolog z Warszawy), inne podpisane tytułem, nazwiskiem i stanowiskiem (prof. dr hab. med. Romuald Dębski, szef Kliniki Ginekologii i Położnictwa CMKP w Szpitalu Bielańskim). Potem rozdział pierwszy, „Dziwne przypadki” – czyli o czym czytałam przed chwilą? Autorka nie może zdecydować się, jaką formę wybrać, stosuje więc wszystkie. Mamy wywiady, mamy ww. dykteryjki, odautorskie komentarze (nie wiedzieć czemu nagle Komendołowicz znajduje się w szpitalu i ogląda wszystko na własne oczy), dane statystyczne i „Z życia wzięte”. Słowo daję, brakuje tylko komiksu i dioramy. 

Niektórzy lekarze i lekarki wypowiadają się wcześniej niż zostaną przez autorkę przedstawieni w oddzielnych miniaturach (Komendołowicz z upodobaniem zaznacza, że są szczupli – szczupła bruneta, szczupły mężczyzna o sportowej sylwetce). Opisują procedury, które dopiero za kilkadziesiąt stron zostaną wyjaśnione. Niekiedy wyraźnie widać, że anegdoty są błędnie przypisane do rozdziałów, np. w rozdziale „Mężowie” widać resztki rozdziału o in vitro. Poza tym trochę starego, dobrego seksizmu: w biogramie Marzena Dębska opisana jest jako żona Romualda Dębskiego. Zgadnijcie, czy Romuald opisany jest jako mąż Marzeny? NIE. 

Do tego niewiarygodnego bałaganu dochodzą problemy natury merytorycznej. Dlaczego rozdział „Antykoncepcja” to tylko trzy strony, i trzy wypowiedzi? Naprawdę w tym temacie nie dzieje się nic ciekawego? Aż pięć stron (IRONIA) poświęcono gwałtowi (dla porównania: zabiegi medycyny estetycznej to stron trzynaście). Nie dowiemy się z tych pięciu stron zbyt wiele o obdukcjach, problemach kobiet, procedurach. Mamy za to panią, która lubiła seks sado-maso i opowiedziała o tym lekarce, zgłaszając gwałt po spotkaniu z partnerem z internetu. „Rozmowna była” – komentuje taktownie Komendołowicz. „Nie wyglądała na taką, która lubi ten rodzaj seksu” – dziwuje się lekarka, Izabela Falkowska. NO HALO. Była rozmowna? Kobieta przychodzi zgłosić gwałt, chyba ma prawo coś powiedzieć?? I jak wygląda zdaniem ginekolożki osoba, która lubi sado-maso? Ma ostre rysy i obrożę na szyi? Dalej jest jednak gorzej: dwa przypadki gwałtów na dzieciach i finałowa myśl: „zdarzają się dziewczyny, które przychodzą do szpitala i mówią, że wczoraj były na imprezie i obudziły się bez spodni, i zastanawiają się, czy zostały zgwałcone, czy nie”. Oto cały obraz gwałtu w tej książce: dzieci, pani lubiąca ostre zabawy i, w domyśle, pijane lafiryndy. Dobra robota, autorko. 

W rozmowach dotyczących cesarskiego cięcia i ogólnie, zachowania matek na oddziałach położniczych, Komendołowicz uparcie snuje fantazje zorientowane na figurę zapracowanej bizneswoman, która chce mieć wszystko wyliczone co do minuty. Dociekliwie szuka jej w każdym wywiadzie. Nadal lubi też podsumować problemy kobiety zwięzłym komentarzem. O przypadku pochwicy mówi: „Aż dziw, że w ciążę zaszła!”. Lekarze ubolewają nad roszczeniowością pacjentek i zmierzchem czasów, kiedy to słowo pana profesora zamykało usta rozkapryszonym rodzącym (szlachetnym wyjątkiem jest tu dr Grzegorz Południewski, który deklaruje, że samopoczucie pacjentki jest ważniejsze niż jego ego, a oddziały ginekologiczne powinny myśleć o sobie w kategoriach świadczenia usług – przy czym jako jedyny deklaruje, że aborcja na życzenie powinna być dostępna w Polsce). 

Na koniec mamy oczywiście rozdziały z najlepszą okazją do manifestowania światopoglądu: aborcja, in vitro. W przypadku aborcji, podobnie jak w przypadku rozdziału o gwałcie, mamy do czynienia ze specyficzne spreparowanymi przypadkami. Rozmowy dotyczą więc głównie aborcji związanej z wadami płodu i nie trzeba być geniuszem, żeby zorientować się, że autorka jej nie popiera. Kiedy profesor Zaręba mówi, że 1/3 aborcji to płody z trisomią 21 czyli zespołem Downa, Komendołowicz mówi; „Dużo. Takie dzieci też zasługują na miłość” (podkreślam: lekarz mówi o płodach, u Komendołowicz już są to dzieci). Dalej autorka nie spuszcza z tonu: „Trochę się zaniepokoiłam, że ślepota [płodu] mogłaby być wskazaniem do przerwania ciąży. To już na pewno eugenika!”. Zaręba strofuje, że ślepota to ogromne obciążenie, ale Komendołowicz dziarsko przechodzi do snucia fantazji o ludziach, którzy chcą, żeby dziecko urodziło się z określonymi talentami i kolorem oczu. 

Mało? Mamy też lekarkę X, która pomagała Patrykowi Vedze przy pisaniu „Botoksu” – i owa lekarka twierdzi, że lekarz, zakładając pacjentce tabletki poronne, zabija dziecko i zostaje sam z trupkiem na sali (ciekawe, że w książce Komendołowicz pielęgnuje się obraz aborcji dokonywanych tylko i wyłącznie na dojrzałych ciążach, wczesnych jakoś po prostu nie ma. Są za to płody palone w przyszpitalnych szopach i spuszczane w kanalizacji po zabiegach). Kiedy pojawia się nazwisko Wandy Półtawskiej, autorki deklaracji wiary, podpisywanej przez lekarzy, Komendołowicz mówi o niej „przyjaciółka naszego papieża Jana Pawła II”. Są cudowne historie kobiet, które urodziły po namowie lekarzy dziewiąte dziecko i ono okazało się najwspanialsze. „Teraz zdecydowana większość kobiet deklaruje, że aborcja to coś złego” – cieszy się autorka, a Izabela Falkowska żałuje, że lekarz nie ma prawa wnieść wniosku o ubezwłasnowolnienie pacjentki, która nie dba o ciążę i naraża się na poronienie. 

Rozmowy o in vitro koncentrują się wokół tematu zarodków. Zarodki, zarodki, co z zamrożonymi zarodkami. Doktor Chazan deklaruje, że in vitro to w ogóle przekroczenie cienkiej linii – produkcja chimer (!!!!), dzieci na zamówienie. I tak, dobrze widzicie, doktor Chazan. Komendołowicz przeprowadza z nim długą rozmowę, nie cisnąc za bardzo (no dobra, nie cisnąc wcale) o cierpienia słynnego „dziecka Chazana” i jego rodziców, gdyż, jak wiadomo, cierpienia abortowanych, kilkutygodniowych płodów sa o wiele ciekawsze. „Chodzi o oglądanie wyjętego z macicy dziecka, które, chociaż pokiereszowane, żyje, rusza się. Tutaj nóżka, tam rączka, tu główka – to nie są przyjemne widoki” – wzdryga się pan doktor. Rozmowa z Chazanem ma szesnaście stron. Przypominam: rozdział o gwałcie pięć. Antykoncepcja – trzy.

Jest mi niesamowicie wstyd, że WAB, z którym współpracuję jako recenzentka wewnętrzna, wypuścił spod swoich skrzydeł tę książkę. Nikomu jej nie polecam, chyba że chcecie się nieźle zdenerwować.
 

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co leży na zakręcie w pewnej powieści dla dziewcząt?