Znak, Joanna Rusinek, Michał Rusinek

Michał Rusinek, Joanna Rusinek, "Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości"

Z rocznicowej okazji Michał Rusinek zabiera się za uaktualnienie „Katechizmu polskiego dziecka” Władysława Bełzy (a.k.a ktotyjesteśPolakmały), a Joanna Rusinek tę próbę ilustruje. Jaki jest efekt? Hej, jestem sobą, więc zamiast się zachwycić, to się przyczepię, okej?

Odświeżone wiersze są zgrabne i zabawne, Rusinek to solidna marka i nie schodzi poniżej ustalonego, wysokiego poziomu. Reprezentacja chłopców i dziewczynek jest wyrównana (przy czym dziewczynka ma w pokoju plakat z Lewandowskim), do pracy za granicą może wyjechać zarówno mama, jak i tata. Tożsamości są lokalne, że tak powiem. Dzieci opowiadają o byciu sobą, o miłości do własnej rodziny, o polskich smakach i melodiach (mazurek i mazurek), zaznaczają, że są obywatelami i obywatelkami świata, że chcą Polski otwartej na fajnych gości, w której pamiętamy zarówno o Wielkiej Historii jak i o historii małej, prywatnej, a poza tym sprzątamy po psach, oszczędzamy wodę i pomagamy słabszym. Ze ściany spogląda – a jakże – dziadek z szabelką.

Bardzo to wszystko ładnie, TYLKO ŻE. Mam nieodparte wrażenie, że jest to książka dzięki której nawracamy przekonanych. Owszem, poczytam z Gretą, wytłumaczę jej trudniejsze wyrazy i wstawimy „Jaki znak twój” na naszą inteligencką półkę w pokoju córki, z której osypują się ambitne wydawnictwa. Moja mała obywatelka, no no, jakże postępowo.

Jednak erudycyjne wygibasy Rusinka sprawiają, że książka jest mało przystępna dla dzieci. Bełzę klepie się w katarynkowym rytmie – wiem, gdyż Greta z zachwytem recytowała ktotyjesteśpolakmały od początku do końca po którejś z przedszkolnych lekcji, dumna z bezwzględnego panowania nad tekstem. Wiersze z „Jaki znak twój?” są dość skomplikowane, wymagają odpowiedniej intonacji i uważnej lektury na głos:

Jeśli inni zaś Ziemianie
Mi zadają to pytanie
Odpowiadam im okrzykiem
Jestem Europejczykiem

Albo:

Powiem także (bez wahania):
Do historii pamiętania
Służy pamięć, dodam tu, że
Tej Historii przez „H” duże

Albo

Flagę co ma dwa kolory
I łopocze gdy wiatr spory
No i godło z orłem białym
Który nie jest biały cały:
Dziób ma złoty oraz szpony.
Kiedyś nie miał on korony,
Teraz złotą ma koronę,
No i patrzy w prawą stronę.

Co powiecie? Dla mnie to nie są szczególnie wdzięczne strofy – jakby było w nich za dużo wyrazów wrzuconych tylko po to, żeby zgadzały się sylaby (no i, dodam tu że, jeśli inni zaś).

A mój największy zarzut jest taki, że widząc kolegów i koleżanki córki z osiedlowej podstawówki na Pradze, reprezentujących naprawdę szeroką paletę społeczno-etniczną wiem, że nic im po takiej książeczce – nawet, jeżeli jakaś Dobra Pani przyniesie ją na lekcję i przeczyta z zaangażowaniem mądre strofy wzywające do obywatelstwa i otwartości. Za trudna, za bardzo wydumana, za bardzo dla inteligenckiej niszy. Nie wyobrażam sobie, że za sto lat moja pra-pra-wnuczka będzie klepała z radością:

Gdybym była królową lub królem, 
To nie wahałabym się w ogóle, 
Lecz wykorzystałabym swą władzę
I wyszyć kazałabym na fladze
Najlepiej nitką niebieską
„Z” z kropką oraz kreską,
„E” oraz „A” z ogonkami.
„N”, „S”, „C” i „O” z kreskami.

A zresztą to ja w ogóle nie rozumiem idei wychowania patriotycznego, nawet jeżeli to ma być taki lajtowy patriotyzm lokalny. Więc może to dlatego.

jeden komentarz

Małgorzata

15.12.2018 13:14

Dzień dobry, pozwolę sobie wkleić fragment z mojej recenzji, w którym odniosłam się do Pani spostrzeżeń. Oto on: Rymy nie są łatwe - fakt. Ale dzisiejszy wydźwięk wierszyka Pana Bełzy nie jest taki sam, jak 40, 30 lat temu. Dzisiaj dzieciaki zmagają się z większą złożonością społeczności szkolnej, bo nagle pojawiły się w klasie dzieci niekoniecznie oczywistej urody. Wprowadziła się do nas "egzotyka" i nawet, jeżeli ktoś zarzuci Rusinkowi, że jest trudno i dla dziecka może nie do końca rytmicznie, to ja odpowiem tak: owszem. Ale jest mądrze i jest o ważnych kwestiach i wartościach. Dlatego jest to książka nie tylko istotna, ale i dobra. Czytając "Chłopców z placu broni" płakałam nad Nemeczkiem, chociaż nie rozumiałam do końca przekazu książki. Płakałam, bo umarł fajny chłopak, dusza człowiek, rzec by się chciało. A dopiero z czasem dostrzegłam głębszy sens tej śmierci. Nie uważam natomiast, że jest to powód, dla którego "Chłopcy z placu broni" powinni być limitowani dla dzieci w wieku pozwalającym zrozumieć sens bohaterskości. Nie chodzi o to, żeby ważne kwestie klepać w katarynkowym rytmie, ale żeby pozwalać dziecku dostrzec ich sens. Może nie literalny, bo mamy do czynienia z percepcją dziecka. Ale taki bliżej sedna, niż tylko fajny rytm i rym. Dla mnie ów rym ma być punktem zaczepnym dla łatwości interpretacji treści. Ale nie powinniśmy się zatrzymywać tylko nad możliwością łatwej artykulacji. W ten sposób umyka nam to co ważne: treść. Ale i nasz język: właśnie taki, jakim opisuje go Rusinek... szeleszczący. Wcale nie łatwy. I to według mnie doskonale wykorzystał Rusinek. Z ważnego i ważkiego odbiorcy - dziecka - uczynił zapalnik do refleksji i większej atencji u tego, który owo dziecko kształtuje - dorosłego. To w dużym skrócie, ale chciałam się podzielić. Pozdrawiam Małgorzata.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?