Znak, Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska, "Poetka i książę"

Nowa książka Manueli Gretkowskiej jest po prostu zła. Uzasadnieniem tej tezy jest prawie każda jej strona, gdzie naiwne romansidełko udaje psychologiczną opowieść o Agnieszce Osieckiej.

Autorka wzięła na warsztat zagraniczny epizod z życia Osieckiej, czyli jej pobyt w Londynie i Paryżu oraz romans z Jerzym Giedroyciem. Do tego dołożyła trochę portretów mieszkańców Maisons-Laffitte, polskiej emigracji w Londynie czy postaci znanych z towarzystwa Osieckiej (Hłasko). Bardzo to wszystko koturnowe, pretensjonalne i naiwne, o czym świadczy już tytuł. Osiecka sportretowana w upiornym stylu, gdzie narrator stara się wchodzić w jej głowę i oświadczać czytelnikowi co aktualnie bohaterka myśli, co by było jeszcze do przyjęcia, gdyby nie to, że wciąż jest to w klimacie opowieści o pogubionej, szalonej, trochę romantycznej, trochę wyrachowanej poetce. Nic nowego, taki portret Osieckiej jest malowany od lat i obowiązuje jako kanoniczny. Wbrew temu co w posłowiu pisze autorka Osiecka od lat nie ma wizerunku poetessy. A nawet gdyby Gretkowska miała rację, to ten akurat portret jest tragicznie słabo napisany. Bo jest na przykład tak - jedzie sobie Osiecka pociągiem i widoczki jak z obrazów Czapskiego, myśli o Kocie Jeleńskim i STSie. Sztafaż jak po lekturze wikipedii, do tego podlany jakąś koszmarnie naiwną jak na Osiecką obserwacją, że dziwne iż Józio Czapski może malować “beztrosko kolorowymi plamkami światła", a przecież był w “obozie śmierci". Nadmiar przymiotników, potrzeba ciągłego powtarzania charakterystyk bohaterów, dziesiątki słabizn. Po co ja to do… przeczytałem…

Gretkowskiej nie udaje się – co dziwne – wydobyć dobrze ciekawych wątków seksualnych, popada w anegdotyczność i przyczynkarstwo. Pseudopoetyczność tej powieści nijak się ma do tekstów bohaterki „Poetki i księcia”, jest wysilona, przestylizowana i oferująca wzruszenia na poziomie tekstów Rupi Kaur, co nigdy nie będzie pochwalą.

Kompletnie nie wiem co chciała Gretkowska napisać – zamiast zrobić z tego gęstą opowieść o romansie młodej kobiety ze starszym pisarzem i poprzestać na tej też oklepanej, ale jednak dającej się wytłumaczyć, prozie, to autorka zabrała się za portrety Hertzów, Czapskiego, brzmiące jak przepisywanie Wikipedii połączone z jakimiś „okruchami życia”. O naiwności, o prostacka naiwności! Wszyscy w tej książce są portretowani tak przewidywalnie, jak w powieści dla dzieci, choć i te potrafią bardziej zaskoczyć.

W posłowiu Gretkowska opowiada, że bywała w redakcji “Kultury", czytała umierającemu Czapskiemu. Autobiograficzna wstawka szantażuje czytelnika, podpowiadając mu, że Gretkowska jest w posiadaniu prawdy i wiedzy. Takie małe zagranko, a strasznie irytujące.

Wyszło z tego proste w formie opowiadanie z nadmuchanymi ambicjami. Problem w pisaniu powieści o postaci kultowej polega na tym, że wszyscy mamy w głowach jakiś jej obraz, także autor/autorka i pułapką jest właśnie powtarzanie tego portretu, przepisywanie go i obrysowanie najgrubszym z możliwych flamastrów. Tak właśnie zrobiła Gretkowska i jakby była debiutantką, to oczywiście można by jej wybaczyć i zachęcić do dalszych prób literackich (może przy użyciu mniej znanych i popularnych bohaterek) ale ponieważ autorka ma debiut wiele lat za sobą i nie tak dawno wydała kompletnie nieudaną powieść „Na linii świata”, to można tylko załamać ręce. Albo odłożyć książkę na półkę „do natychmiastowego oddania dalej”.

Z materiału na genialną powieść powstała mierna powiastka. Dokonała tego Manuela Gretkowska. To też jakieś osiągnięcie. Nie polecam.

jeden komentarz

Ela

21.01.2019 13:40

Dzień dobry, ponieważ zacytowałam w swojej recenzji fragment z powyższej recenzji i dodałam link, odwdzięczam się linkiem do swojej recenzji z pozdrowieniami: http://www.sofijon.pl/module/article/one/1520

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?