Prószyński i S-ka, David Atteenborough, Adam Tuz

David Atteenborough, "Przygody młodego przyrodnika"

"Przygody młodego przyrodnika" to książka sytuująca się pomiędzy pamiętnikiem a reportażem. We wstępie Attenborough opowiada o początkach programów o naturze nadawanych przez telewizję w latach 50. Jeden z typów przypominał "Z kamerą wśród zwierząt" - prowadzący przyrodnik na żywo (!) prezentował w studiu okazy zwierząt z londyńskiego ZOO. Drugi typ stanowiły nagrane w egzotycznych krajach filmy, pokazujące faunę i florę w naturalnych ujęciach. Attenborough, na skutek rozmaitych okoliczności przejmujący funkcję głównego prowadzącego program, postanowił połączyć te dwa nurty, a co za tym idzie, wyruszyć w podróż, nakręcić film, złapać zwierzęta i pokazać je w telewidzom. Książka jest zapisem trzech podróży, sporządzonym przez autora na podstawie odnalezionych niedawno w archiwach BBC rolek z nagranymi w latach 50. dokumentalnymi ujęciami z Ameryki Południowej i Indochin. 
Stwierdzenie, że Attenborough jest mistrzem opowieści, anegdoty i potrafi przykuć uwagę odbiorcy, nie będzie szczególnie odkrywcze, ale to jest największa zaleta "Przygód...". Nie ma tam wielkich odkryć, niesamowitych perypetii, ba - nawet zwierzęta, które opisuje autor, są dzisiaj dość banalne, ostronosa można zobaczyć w warszawskim metrze (na ramieniu właściciela oczywiście, nie żeby zasiedlił naturalnie tunele...), waran z Komodo nie budzi większych emocji - a jednak Attenborough pisze tak, że nie sposób się od jego książki oderwać.

Autor zaznacza na wstępie, że na jego opowieść trzeba spojrzeć z perspektywy czasu - dzisiaj nie łapie się już zwierząt w celu zamknięcia ich w ZOO, tak jak działo się to w jeszcze latach 50., trudno wyobrazić sobie wybieranie młodych niedźwiadków z gniazda i oswajanie ich w obozie łowców. Jednak mimo tych zastrzeżeń narracja Attenborough jest i tak bardzo stonowana i poprawna, szczególnie jeżeli chodzi o kontakty ekspedycji z mieszkańcami Azji i Ameryki Południowej. Wprawdzie są często opisywani jako źródło wielu komicznych anegdot/wydarzeń, ale w przedziwny sposób autorowi udaje się to zrobić z szacunkiem - nie generalizuje, nie filozofuje. To poszczególni ludzie bywają zabawni, leniwi, chciwi czy pomocni - nigdy nie jest to cechą "rasy" czy plemienia. Zresztą sam David i jego towarzysz często stają się źródłem kpin i żartów na skutek niezrozumienia lokalnych zwyczajów czy uwarunkowań (wspaniała scena, w której Attenborough prosi paragwajskich Indian o pomoc w poszukiwaniu włochatego "tatu", nie zdając sobie sprawy z tego, że słowo to oznacza nie tylko pancernika, ale też prostytutkę).

Przyrodnik jest też świadomy rozmaitych konsekwencji pojawienia się mężczyzn z kamerą w małych wioskach - mieszkańcy są oczywiście zafascynowani techniką, chętnie odgrywają przed podróżnikami rytuały, z podziwem słuchają swoich zarejestrowanych na taśmie głosów, ale te działania nie zawsze są niewinne i neutralne, nawet jeżeli ich konsekwencje nie są poważne. Attenborough z niezwykłą empatią zauważa, że zabawiając weselników nagrywaniem ich śpiewów, psuje pannie młodej najważniejszą ceremonię jej życia - podczas gdy rozbawieni goście oblegają magnetofon, ona siedzi osamotniona w rogu izby w dniu, w którym byłaby w centrum wydarzeń. Attenborough symuluje więc awarię urządzenia, pozwalając ceremonii toczyć się własnym trybem, rezygnując z rejestrowania tradycyjnych pieśni.

Obserwacje przyrodnicze są w "Przyrodniku..." bardzo zgrabnie wplecione w przygodową narrację. Pisałam wprawdzie powyżej, że trzy podróże pozbawione są w zasadzie większych wydarzeń, ale Attenborough potrafi pisać tak porywająco, że w jego ujęciu przejażdżka awaryjnym samochodem przez dżunglę staje się niezwykłym doznaniem. Czytelnik dostaje wszystko: napięcie, ciekawostki o zwierzętach i technikach ich łapania/oswajania, uwagi o ewolucji, geologii czy historii poszczególnych krajów. Autor nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania (dlaczego natura obdarzyła wilka grzywiastego tak długimi nogami?), ale sam sposób w jaki je stawia jest wystarczająco zajmujący. Attenborough potrafi też zajmująco "napisać" siebie i swojego towarzysza, Charlesa Lagusa, operatora kamery. Czytamy więc o podróżach dwóch młodych mężczyzn, trochę przyzwyczajonych do luksusów Europy, trochę brawurowych, skłonnych łapać pytony gołymi rękami żeby zaimponować "krajowcom", ale nie mających pojęcia o tym, jak powinno się spać w hamaku i co zrobić, kiedy obozowisko tonie w podeszczowym błocie.

Last but not least, jest też Attenborough niezwykle zabawny, w brytyjski, ironiczny, elegancki sposób: kiedy opowiada o poczciwym samochodzie, złożonym z dość przypadkowych części, ale wiernie służącym ekspedycji i o jej arcy-wrogu, magnetofonie szpulowym, kiedy opisuje samicę leniwca, którą próbuje zdjąć z drzewa, odginając po jednym pazurze na raz, kiedy rozczula się nad młodymi ostronosami, które najbardziej lubią jedzenie wymieszane z ziemią, a najedzone zasypiają ze spuchniętymi z sytości brzuchami. Na oddzielny medal zasługuje każdy opis pancernika, jaki pojawia się w tej książce. Na jeszcze oddzielny - filmowanie waranów z Komodo, których nie sposób oderwać od padliny – nawet, kiedy bardzo by się chciało uzyskać ciekawsze ujęcie. A może jednak historia o nagrywaniu egret na jeziorze? David i Charles godzinami siedzą w krzakach, bojąc się odetchnąć, by na koniec odkryć, że egrety są w zasadzie obojętne na każdy rodzaj ruchu i hałasu.

Attenborough pisze o zwierzętach z ogromną czułością i humorem, nadaje im imiona, opisuje ich zachowanie w nieco antropomorfizujący sposób - bywają niezadowolone, niechętnie, prychają rozżalone czy obrażone. Jednak, w przeciwieństwie do Goodall, robi to z pewnym dystansem. Widać, że to uczłowieczenie to raczej konwencja, zabawa z czytelnikiem niż wyraz wiary, że małe zwierzątka są jak dzieci, a duże można zrozumieć przez analogie do człowieczeństwa. Jest to podejście o wiele bardzie strawne i uczciwe. Attenborough zauważa też, że zawsze był przekonany, że wizyta w rzeźni zakończy jego miłość do mięsa - a jednak po kilku dniach na warzywnej diecie w Gran Chaco z radością i apetytem patrzy na zarzynanie krowy, a następnie spożywa opiekane na ogniu mięso. Odważna i szczera scena, którą z łatwością mógł autor pominąć, budując sobie ołtarzyk bezwarunkowego miłośnika wszelakiej zwierzyny.

Byłoby naprawdę źle, gdybyście przegapili tę książkę.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?