Agora, Marcin Kącki

Marcin Kącki, "Maestro"

Książka Kąckiego wpadła mi, jak to się mówi, nie do tej dziurki.

Wiem, że w tytule jest „Maestro” i że to on, Wojciech Krolopp jest głównym złym – pedofil, a do tego manipulator, kłamca i człowiek bezprzykładnie dążący po trupach do celu, żyjący w wykreowanym przez siebie świecie luksusu i elegancji. W żaden sposób nie usprawiedliwiam Kroloppa – był osobą mocno zaburzoną, jeżeli nie psychopatyczną, i powinien był trafić za kraty. Ale co do cholery (WSZ powiedział mi, że nie wolno umieszczać bluzgów w postach na fanpejdżach) było i jest nie tak z ludźmi dookoła niego? To jest najbardziej szokująca warstwa reportażu Kąckiego. O molestowaniu dzieci wiedzą wszyscy, ale to wszyscy: inni chórzyści, nauczyciele, kurator, kierownictwo kolejnych organów finansujących chór, dziennikarze, kierowca autokaru, sekretarka. Last but not least, wiedzą RODZICE. Wisienką na torcie są ojcowie, którzy sami w Słowikach śpiewali i lądowali u „Wojtka” na kolanach, a po latach posyłają do chóru swoich synów, wyposażonych w enigmatyczne ostrzeżenia. Jeden z ojców mówi: mój syn był tęgi i mało atrakcyjny, wiedziałem, że żadna krzywda go nie spotka. Byle dalej od siebie, niech gwałci innych, a my skorzystamy ze splendoru bycia wśród wybranych, wyjątkowych, utalentowanych.

To jest jakaś nieprawdopodobna opowieść o zaklętym kręgu, w którym każdy pilnuje swojego, nomen omen, interesu: nie mówmy o gwałcicielu dzieci, bo chór się rozpadnie i nasi synowie nie zarobią zagranicą dolarów. Nie mówmy o gwałcicielu dzieci, bo nasze dziecko popadnie w niełaskę i nie zarobi zagranicą dolarów. Nie piszmy o gwałcicielu, bo się pogniewa i nie zabierze nas zagranicę, na skutek czego nie zarobimy dolarów. Nie próbujmy pociągnąć gwałciciela do odpowiedzialności, bo ma wysoko postawionych znajomych, stracimy pracę ( i nie zarobimy złotówek). Poza tym pan Wojtek jest miły i kulturalny, miło poocierać się o takiego człowieka, co się będziemy przejmować jakimś zasmarkanym dzieciakiem. Jeden z maglowanych przez Kąckiego urzędników mówi wprost: „jedna czy druga dupa chłopaka mnie nie interesowały, ja wolałem mieć [dobry] poziom chóru”.

I to jest druga szokująca odsłona: praktycznie wszyscy wywiadowani przez Kąckiego mieli oczy szeroko zamknięte, kiedy Krolopp był na świeczniku. W momencie rozmowy, kiedy sprawa się już rypła, a dyrygent jest skazanym przez wszystkie instancje pedofilem, nadal nie potrafią uderzyć się w pierś. Rozumiem ten mechanizm, głupio się przyznać, że jest się interesowną mendą, ale gdzie są granice bezwstydu? Rozmawiają z dziennikarzem, który pisze książkę. Ta książka będzie czytana, bo sprawa dyrygenta jest głośna. I żadne z nich nie mówi: dobra, dałem ciała, wszyscy daliśmy, trzeba było reagować w latach 60. SKĄDŻE. Kącki wysłuchuje litanii usprawiedliwień. Nie mieliśmy nic na piśmie, nikt oficjalnie się nie skarżył. Pedofil-a-co-to? My nie wiedzieliśmy wtedy, że tacy są. Oraz sprytna wymówka: takie były czasy, że wszyscy się bali. Rozmówcy z żenującą swadą korzystają z anty-PRLowskich nastrojów, żeby legitymizować swoją bierność i interesowność. Z ich wypowiedzi można by wnioskować, że za zdemaskowanie pedofila trafiało się natychmiast kibitką na Sybir lub/i do kazamatów SB. Uf, znowu się zdenerwowałam.

Jedyne, co mnie drażni u Kąckiego-autora, to skłonność do fizjonomiki. Wiele razy podkreśla, że Krolopp był brzydki, z odstającymi uszami, zeszpecony bliznami po trądziku. Brzydki – czyli zły, to już wiemy od czasów „Iliady”. Inny bohater to „blondyn o twarzy sympatycznego kucharza” – co to właściwie znaczy? Trochę bym tych opisów z „Maestra” wykreśliła.

A poza tym czytajcie, straszna książka o ludzkiej ambicji, ze świetnie nakreślonym tłem obyczajowym.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co leży na zakręcie w pewnej powieści dla dziewcząt?