Wielka Litera, Katarzyna Nosowska

Katarzyna Nosowska, "A ja żem jej powiedziała..."

Nie zamierzałam czytać książki Nosowskiej, gdyż nie ciągnie mnie do publikacji wykwitłych na internetowym fejmie (oczywiście, internetowy fejm jest w tym przypadku solidnie umocowany w latach pisania fantastycznych piosenek, ale nie łudźmy się, to popularność filmików na Instagramie ściągnęła uwagę wydawnictwa). Ale z jednej strony widzę zachwyty, a z drugiej, bliższej mi, lament, no więc jednak przeczytałam – i nie zajęło mi to dużo czasu. Miał rację WSZ, który po warszawskich targach wspominał, że tylko dzięki wytężonej pracy grafika „A ja żem jej powiedziała” dobija do dwustu stron. Tekstu jest tam na dwadzieścia. I na godzinę czytania. 

Nosowska rzeczywiście jest w tych krótkich notatkach dość okropna. Zbliżająca się do pięćdziesiątki autorka stara się podsumować i poukładać: trudne dzieciństwo, chroniczne poczucie niższości, niespodziewaną sławę, problemy ze związkami, w których partner pije, zdradza i bije (do wyboru albo wszystko na raz) oraz nadwagę i tendencję do maskowania jej brzydkimi ubraniami w ciemnych kolorach. A wszystko to na lekko, z ironią, dystansem i poczuciem humoru, w stylu; „Wiecie, mam to już za sobą, teraz jest dobrze, więc mogę wam powiedzieć, jak było źle”. I to mnie zupełnie nie przekonuje. 

Dla mnie z tej książki, którą nazywa się szczerą i odważną, bije nadal poczucie osamotnienia i wyobcowania, którego nie maskuje wcale nachalne przekonywanie, że kryzysy minęły. Czy rzeczywiście jest już spoko, jeżeli wszystkie koleżanki należy stale obserwować, bo mogą poderwać upolowanego z trudem faceta? Ktoś, kto w innych kobietach widzi tylko konkurentki i serwuje do kompletu obiegową mądrość „gdyby suka nie dała, to by pies nie wziął”, nie wydaje się osobą, która przepracowała problemy (Nosowska deklaruje zresztą, że nie wierzy w psychoterapię, w farmakoterapię też nie, bo „radość w pastylce” to nic dobrego). Naprawdę mierzi mnie stwierdzenie, że kobiety są przyjaciółkami do momentu, aż pojawia się między nimi facet. Mam 36 lat, nigdy nie zabierałam się do chłopaków koleżanek. I nie, nie dlatego, że feminizm wyprał mi mózg i wiem, że nie wypada, więc blokuję instynkt suki. Po prostu mam w życiu ciekawsze rzeczy do roboty niż – nawet nie wiem jak to nazwać. Pogoń za seksem? Związkiem? Już jeden mam, dzięki. Nosowska nie musi mnie straszyć widmem „wielkomiejskiej singielki”. Mój poprzedni partner jest z naszą wspólną koleżanką, zaczęli się w sobie zakochiwać jeszcze kiedy byliśmy razem. I co z tego? Nie pasowaliśmy do siebie, do nikogo nie mam pretensji.Kiedy mój mąż wychodzi wieczorem z koleżanką, idę spać, zadowolona że każde z nas miło spędza czas. Nie dręczy mnie widmo suki i napalonego samca. 

Dość obrzydliwy jest też rozdział, w którym autorka przekonuje, że dziewczyna idąca z facetem do łóżka po godzinnej znajomości marzy o kontynuacji wieczoru na ślubnym kobiercu i na porodówce. Nie, jest 2018 i seks bez zobowiązań bywa atrakcyjny także dla kobiet, nie każda chce od razu obarczać się mężem, w dodatku z branży kreatywnej. A operacje plastyczne robimy także dla siebie, nie po to, żeby odmłodzić się dla faceta – który i tak, w przeświadczeniu autorki, zawsze wybierze świeże winogrona, a nie rodzynki. 

Podejrzanie wybrzmiewają oświadczenia, które autorka próbuje sprzedać jako nacechowane pozytywnie: od lat funkcjonuje na marginesie, pogodzona z wagą nie przejmuje się już kultem piękna (to stwierdzenie występuje w tylu odmianach! Trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu zaklina rzeczywistość), kopci jak komin, nie chodzi na żadne manifestacje, bo nie interesuje jej fałszywa wspólnota, wyrzut adrenaliny i „macice, które wstały z kolan”, jest zajęta własną duszą (tak! duszą! Tą samą, która nie pozwala jej akceptować aborcji – ale to stwierdzenie padło w wywiadzie, nie w książce). Mało? To jeszcze kilka rad. Jeżeli ktoś mówi do ciebie „Ty debilu”, to nie odpowiadaj, nie wprawiaj w ruch „wahadła”. Zresztą, „cierpienie sprawia, że duch zdobywa bezcenną sprawczość”. No i „nie umie kochać ten, kto nie lubi siebie”. 

Problem jest taki, że wyrosłyśmy na Nosowskiej, ja i roczniki okoliczne (1982). Jej teksty były podszyte inteligentną neurozą, a między wersami każda widziała siebie. W tej książce widzimy natomiast Nosowską i nie jest to widok przyjemny. Zamiast dojrzałej idolki z kartek wygląda osoba, która tak bardzo boi się świata, a w szczególności innych kobiet, że z zaszywania się w wewnętrznej skorupie uczyniła życiową mądrość. Ja tej mądrości nie kupuję. Na każdą inną autorkę byłabym bardzo zła, ale w tym przypadku jest mi przykro, bo świat Nosowskiej wydaje mi się strasznie smutny, samotny i paranoiczny i już nie chcę przeżywać go poprzez jej piosenki. 
 

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz