Andrzej Łuczeńczyk, Państwowy Instytut Wydawniczy

"Życiorys wiejski, z rozdziałem chłopo-robotniczym" czyli rzecz o Andrzeju Łuczeńczyku

„Życiorys wiejski, z rozdziałem chłopo-robotniczym, a w twórczości brak tematyki wiejskiej, czy tematyki pracy, takiej typowej, dającej określone profity. Wykształcenie średnie, a proza wyrafinowana formalnie, wręcz krystaliczna, w większości sięgająca problematyki uniwersalnej: śmierci, władzy, zbrodni, losu człowieka w ogóle, a przy tym tyle nasycona semantycznie, co w warstwie języka zredukowana do słów i zdań bezwzględnie koniecznych”[1].
 
Gdy w 1987 roku Ireneusz Kamiński pisze tą jakże wymowną charakterystykę Andrzeja Łuczeńczyka, pisarz o „życiorysie wiejskim” ma na swoim koncie cztery książki i publikacje w kilku najważniejszych magazynach literackich, w tym w „Twórczości” kierowanej przez Henryka Berezę, „Regionach”, na czele których stał ówcześnie Wiesław Myśliwski i paryskiej „Kulturze”, dowodzonej oczywiście przez Giedroycia. Dzisiaj jest pisarzem nieznanym. W domowym archiwum zachowały się rękopisy, niewydane nigdy opowiadania, korespondencja. To ciekawa lektura, za której umożliwienie dziękuję córce Autora. Łuczeńczyk to zagadka - zarówno literacka, jak i biograficzna - bo przecież ilu mamy pisarzy, którzy przez lata pracowali na roli i w kotłowni? Ilu mamy pisarzy, których twórczość staje się legendarna dla wąskiego grona fanów? Twórczość Łuczeńczyka budzi emocje - od zachwytu po całkowitą negację. Dzięki PIWowi macie szansę ją poznać, a ja wtrącę swoje trzy grosze.

Pisarz i tajemnica

„nie pisuję z zasady listów do osób osobiście mi…” to cała treść zachowanego maszynopisu listu Andrzeja Łuczeńczyka do Czesława Kiszczaka z czasów, gdy ten kierował MSW. Tajemniczy to był pisarz.
 
Wybitny pisarz fetowany w ważnych pismach literackich, który zdał maturę dopiero jako dorosły mężczyzn, pracował na roli i jako palacz? Mimo przeciwności losu, Andrzej Łuczeńczyk, twórca przez lata mieszkający w podlubelskim Ludwinie, stał się jedną z najciekawszych postaci polskiej literatury lat 80. a jego twórczość po dziś dzień potrafi fascynować. Łuczeńczyk jest przykładem samorodnego talentu, który wniósł do literatury niezwykłą frazę, opierającą się na konstrukcji nazwanej przez krytyka “półzdaniem”[2], którą to prowadził narrację swoich powieści i opowiadań. Nie był twórcą bardzo płodnym – za życia opublikował dwadzieścia osiem opowiadań, jeden dramat i trzy wiersze. Powstawały one przy okazji zawodowej pracy pisarza. Był bowiem Łuczeńczyk pracownikiem w fabryce (palaczem) i rolnikiem uprawiającym ziemię swojego wuja. Dużo chorował, co oczywiście znalazło swoje odbicie w jego prozie. Zmarł w sile wieku, gdy jego kariera pisarska dzięki pomocy Henryka Berezy i dostrzeżeniu jej potencjału w środowisku filmowym zaczęła rozkwitać. Mówił o swoim pisarstwie, że „jest reakcją na codzienną ‘poetykę’ podorywek, kotłowni, kufajek, która wbija człowieka w ziemię”[3]. 
 
Ta historia zaczyna się podczas wojny, gdy Walentyna Łuczeńczyk trafia „na roboty” do Niemiec, gdzie poznaje Bronisława Młynarczyka, który przebywa w obozie od czasu kampanii wrześniowej. 10 grudnia 1945 roku z tego związku na świat przyjdzie Andrzej Łuczeńczyk[4]. Choć tradycje rodzinne były raczej prawosławne, to dziecko zostanie po kilku latach ochrzczone. Jest Andrzej dzieckiem chorowitym, co odbija się na jego postępach w edukacji. Uczył się w ludwińskiej szkole podstawowej (1952-58), siódmą klasę skończył jednak w Bytowie, gdzie mieszkał u swojej chrzestnej, Olgi Banach[5]. Przeprowadzka była z pewnością związana z lepszymi warunkami bytowymi, które miała Banach w Bytowie. Wiemy, że małego Andrzeja leczono, we wspomnieniach pojawia się doktor Domański z Barcina koło Słupska[6]. Następnie uczył się w Liceum Ogólnokształcącym im. S. Staszica w Lublinie. Nie dotrwał tam do matury i jak sam mówił w 1987 roku w wywiadzie, który przeprowadził Ireneusz Krzemiński, „zrobił sobie długą przerwę”[7]. Maturę uzyskał dopiero w styczniu 1978 roku, w wieku trzydziestu trzech lat w Liceum dla Pracujących Zaocznie w Lublinie. O swojej pracy mówił, że „uprawia się kawałeczek ziemi, tytoń i truskawki, pracuje się jako palacz kotłowni ośrodka zdrowia: doba w robocie, dwie doby wolne. Można wytrzymać”[8]. Życie przyszłego laureata nagród literackich przyspiesza. W maju 1979 roku żeni się z Katarzyną Szczepańską, z którą będzie miał trójkę dzieci. Wyjeżdżają do Wielunia, gdzie przez pięć lat pracuje w betoniarni (Wieluńskie Przedsiębiorstwo Budowlane na stanowisku zbrojarz-betoniarz). Gdy wraca do Ludwina, jest przy nim tylko najstarsza córka. W podlubelskiej wsi „pomagał w kilkuhektarowym gospodarstwie rolnym matce i wujowi”, „wykonywał obowiązki palacza w miejscowym Gminnym Ośrodku Zdrowia, także często zastępczo w szkole podstawowej”, jak pisał w biogramie Jan Smolarz[9]. W tych warunkach Łuczeńczyk pisał opowiadania, które elektryzowały sporą część krytyki literackiej. A wszystko zaczęło się w Lublinie i... Paryżu. 

Pisarz i "Kultura"

Jedynym pismem, w którym Łuczeńczyk publikuje w pierwszej połowie lat 70. jest lubelska „Kamena”. Ukażą się w niej opowiadania „Pociągi powrotne”, „Piłkarze”, „Łyżka” (1970) i „Dereś” (1972). W styczniu 1972 roku wysyła do paryskiej „Kultury” [10] opowiadanie „Ciemna woda”. Z listu wynika, że wcześniej odrzucił je „Miesięcznik Literacki” i „Twórczość” (ukaże się w 1982 roku w debiutanckim zbiorze opowiadań). Pisze:
 
“(…) bardzo prosiłbym o powiadomienie mnie co do losów przesłanego tekstu. Jeśli na publikację nie zasługuje – cóż, trudno, jednak i wówczas prosiłbym o kilka słów odpowiedzi”.
 
Kilka tygodni później otrzymuje odpowiedź od Jerzego Giedroycia[11], który odrzuca opowiadanie:
 
“Świadczy ono niewątpliwie i o talencie i dość dużym opanowaniu warsztatu pisarskiego ale jednak odnosi się wrażenie pewne „wtórności”, zbyt dużego wpływu Camusa. Chętnie bym się zapoznał z innymi Pana utworami. Uważam jednak za swój obowiązek zwrócenie Panu uwagi, że „Kultura” nie jest w PRL dobrze widziana przez władze i druk u nas może pociągnąć za sobą dość znaczne przykrości”.[12]
 
Łuczeńczyk prosił – w przypadku publikacji – o przesłanie będącej na indeksie cenzorskim gazety. Zapewne nie zdawał sobie w pełni sprawy z sytuacji „Kultury” w Polsce, stąd tak wprost wyrażona prośba i przytomna uwaga Giedroycia. Do współpracy dochodzi. Na okładce wrześniowej „Kultury” znajdujemy zapisane kapitalikami nazwisko Łuczeńczyka i zapowiedź „Opowiadań”.  W numerze zamieszczono opowiadania „Więzienie”, „Pierwsza zmiana”, „Dereś”, „Synowie” i „Łyżka”, dwa z nich - „Pierwsza zmiana” i „Synowie” – to pierwodruki. Po opowiadaniach Łuczeńczyka trafiamy na wiersze Czesława Miłosza, co musiało robić wrażenie na młodym pisarzu. Co ciekawe „Synowie” nigdy nie zostali wznowieni, choć większość wczesnych utworów znalazła się w wydanych w latach 80. zbiorach opowiadań.


 

W zachowanej korespondencji znajdujemy list, który 3 czerwca 1975 roku Łuczeńczyk pisze do Giedroycia. Informuje, że otrzymał list od Jana Kowalskiego (pseudonim) z Londynu, z którego dowiedział się, że opowiadania ukażą się w „Kulturze”. Oprócz pytania o to z kim w tej sytuacji ma się dalej kontaktować, przesłał Łuczeńczyk Giedroyciowi kolejne opowiadanie (nie wiemy jakie to opowiadanie, w archiwum znajdują się jedynie „Ciemna woda” i opowiadania opublikowane z naniesionymi poprawkami korektorskimi) i pyta o to czy Instytut Literacki przyznaje stypendia twórcze. Najwyraźniej poczuł Łuczeńczyk wiatr we włosach. Dalej następuje klasyczna dla pisarzy prośba o przelanie części honorarium wcześniej. “Jeśli tak, to ze zrozumiałych dla mnie i dla Pana względów prosiłbym, aby oficjalnym nadawcą nie był Instytut Literacki”, pisze Łuczeńczyk. Jednocześnie prosi, by opowiadania podpisać jego prawdziwymi danymi. Na koniec zaś pyta:
 
“Czy istnieje możliwość wydania w Instytucie Literackim wszystkich moich opowiadań (…) jak i tych, które wykorzysta p. Czesław Bednarczyk w „Oficynie Poetów”, jako tomiku?”
 
List napisany został czerwonym długopisem, co jest niezwykłe dla korespondencji AŁ. Z korespondencji dowiadujemy się też, że był plan wydania tomiku opowiadań Łuczeńczyka, ale jak pisze Kowalski, “wydanie oddzielnego tomiku opowiadań Pana jest narazie [sic!] nieaktualne. Opowiadania, które swego czasu awizowałem jako zaginione na poczcie, odnalazły się i zostały przekazane Oficynie Poetów do wykorzystania. Stypendiami twórczymi nie dysponujemy i nie wiem nawet, kto w tej sprawie mógłby Panu pomóc”.[13]
 
Wiemy, że kopię tego listu otrzymał Giedroyc.[14]. W połowie listopada wysyła Łuczeńczyk do Londynu trzy kolejne opowiadania z zamiarem publikacji w styczniowym numerze pisma[15]. Na liście, skierowanym przez Brodzińskiego do Giedroycia znajdujemy uwagę z 22 listopada:
 
"Przekazuję następną porcję naszego wiejskiego wieszcza".[16] 

 

„Wiejski wieszcz” rozczarowany współpracą pisze do Giedroycia na początku lutego 1976 roku list, w którym przypomina, że nie spełniono obietnicy wydania mu tomu opowiadań, nie dostał egzemplarzy autorskich miesięcznika. Przyznaje, że “wysyłając do publikacji w „Kulturze swoje opowiadania nie kierowałem się względami politycznymi. Nie zdawałem sobie również w ówczesnym okresie sprawy z roli, jaką odgrywa Wasze pismo w działalności przeciwko mojemu Krajowi. (…) W kontekście naszych stosunków muszę jednak obecnie stwierdzić, iż rzeczą zupełnie drugorzędną dla pana jest działalność wydawnicza i propagowanie literatury polskiej, faktycznie zaś wykorzystuje Pan już sam fakt publikacji w „Kulturze” dla politycznych rozgrywek, z czym z kolei ja zgodzić się nie mogę. W wyniku przemyśleń doszedłem do wniosku, iż mój dalszy kontakt z Instytutem Literackim byłby dla mnie tylko kompromitacją i wrogim aktem w stosunku do Kraju, przekreślającym w dodatku wszelkie moje szanse nie tylko twórcze, ale i życiowe. W związku z powyższym definitywnie zrywam i żądam zwrot wszystkich swoich tekstów”.
 
Łuczeńczyk łatwo odsłania prawdziwe motywacje tego listu – obawa przed trafieniem do cenzorskich zapisów musiała być spora. Nie można wykluczyć, że list został napisany pod czyimś naciskiem. W „post scriptum” listu pisze już Łuczeńczyk wyjątkowo złośliwie, że jest mu „troszeczkę przykro”, że pozbawia Giedroycia „możliwości wykorzystania” jego nazwiska do „brudnej roboty skierowanej przeciwko mojej Ojczyźnie”, jednocześnie cieszy się, „że zachowując pozory honorowania moich opowiadań nie będzie Pan narażony na wydatki mające na Zachodzie równowartość 42,8 kg kartofli.”

Trzeba przyznać, że jest to dość naiwny ale i mocno złośliwy ustęp. Nie jest jasne, czy wiedział Łuczeńczyk, że w styczniowym numerze „Kultury” ukazało się jego opowiadanie „Przez puste ulice” a – także w styczniu – w londyńskiej „Oficynie Poetów” opowiadanie „Słońce”.
 
W marcowej „Kulturze” ukazuje się pierwsza publiczna recenzja prozy Łuczeńczyka. Bardzo negatywna. W dziale „Listy do Redakcji” opublikowano list Tadeusza Trynki, który pisze ze szwajcarskiego Thun:
 
“Z prawdziwym niesmakiem czytałem (…) opowiadanie Andrzeja Łuczeńczyka, „Przez puste ulice” i dziwię się, że ‘Kultura’ takie wulgarności drukuje. (…) Niechże (…) ‘Kultura’ będzie dalej wierna swoim zasadom i karmi nas tym prawdziwym polskim chlebem a nie pomaga p. Łuczeńczykowi karmić nas zakalcem.”[17]

 

To pierwsza w prasie recenzja twórczości pisarza. Od tego czasu „Kultura” o Łuczeńczyku milczy. Za to młody prozaik zdobywa powoli uznanie w regionie.

Pisarz i krytyka

Większość z tych opowiadńwznowione w “dziełach zebranych", wśród których znajdziecie m.in. opowiadania z debiutanckiego tomu „Przez puste ulice”, który ukazał się w 1983 roku (choć data w stopce mówi o roku 82). Recenzje tomu były nieliczne, dość zachowawcze, ale nie negatywne. Leszek Bugajski pisał, że „Łuczeńczyk dąży do osiągnięcia maksymalnej prostoty, uczynienia języka, jakim się posługuje „przeźroczystym”, by tym wyraźniejsze stały się sprawy, jakie pokazuje w swojej prozie, by oddziaływać samym nastrojem stwarzanym przez dialog, opisaną sytuacją. Jest to dość tradycyjny model literatury, ale nie wzbudza żadnych zastrzeżeń, bo Łuczeńczyk wie, co i jak chce napisać”. Bugajski szczególnie docenił opowiadanie „Ciemna woda”, w którym „udało się autorowi skonstruować sytuację niemożliwego wyboru” i „znakomicie rozegrał (…) całe napięcie rodzące się wokół bariery niezrozumienia (…).” [18] Ukażą się jeszcze cztery recenzje książki. W „Regionach” poetka i krytyczka literacka, Maria Jentys zachwyci się opowiadaniami „Ciemna woda” i „Przez puste ulice”, pisząc, że pozostałe „pełnią wobec nich rolę jakby pomocniczą – rolę tła, koniecznego, by dawać pisarzowi świadectwo pisarskie, rolę gruntu, niezbędnego, by wyrosły tak, jak wyrosły”[19] Pisze o „Ciemnej wodzie”: „Głęboko wstrząsający jest utwór Łuczeńczyka. Nie znam mu równego. Jeśli bowiem u Camusa obcość była rzeczywistą winą, w każdym razie rzeczywistą przyczyną win, to u naszego debiutanta owa obcość jest wynikiem nie winy, lecz obwinienia bez winy rzeczywistej”. W „Nowych Książkach” o tomie opowiadań napisał Michał Łukaszewicz[20], który pisze o autorze, że „ma dar obserwacji, nie cofa się przed żadnymi wnioskami, zdradza w nich nawet pewne okrucieństwo (...) (...) czuje się wystarczająco pewnie, by nie podążać posłusznie tropem pseudoeksperymentalnej łatwizny (...).”
 
Bardziej krytyczny wobec Łuczeńczyka jest Tadeusz Olszewski w „Tygodniku Kulturalnym”, który pisze o książce, że choć „nie daje się jednoznacznie zaszeregować”, a „pomieszczone w nim opowiadania robią wrażenie jakby wyszły spod pióra kilku autorów”, a o książce pisze, że „jest dość przypadkowym zbiorem niezłych, a często wręcz dobrych tekstów”, ale w przypadku niektórych opowiadań, jak „Chrzest” zauważa recenzent, że jest to raczej „wprawka warsztatowa niż utwór, który zasługuje na publikację”, a przecież autora „stać na pisarstwo samodzielne”. Dostrzega inspiracje i wtórności (Zegadłowicz, Nowakowski, Brycht) ale docenia pomysły narracyjne, a znając już kolejne utwory opublikowane przez Łuczeńczyka w „Twórczości” („Wilk”) pisze, że można spodziewać się, że „w następnej książce przemówi Łuczeńczyk głosem całkowicie własnym”, „jest to bowiem nazwisko obiecujące więcej niż zwykliśmy się spodziewać od większości początkujących prozaików.”[21].
 
Dzięki książce łatwiej Łuczeńczykowi umieścić swoje opowiadania w prasie. Z „Przeglądu Tygodniowego” przychodzi pozytywna odpowiedź[22] (opowiadanie nigdy się nie ukaże), „Grę w szachy” publikuje „Życie Literackie”[23]. Najważniejsza okazuje się jednak styczniowa publikacja „Wilka” w „Twórczości” redagowanej przez jednego z najważniejszych w ówczesnej Polsce krytyków literatury, Henryka Berezę[24]. W numerze występuje Łuczeńczyk obok Julii Hartwig czy Włodzimierza Paźniewskiego, mocno ówcześnie lansowanego przez „Twórczość”. 20 marca pisze do Berezy: „zachęcony powodzeniem (…) przesyłam z nadzieją na kolejną publikację opowiadanie „Gwiezdny książę”. Rozpoczyna się era współpracy z Berezę i „Twórczością” – z jednej strony sukces i uznanie, z drugiej - zaszufladkowanie w „stajni Berezy”, ale tego jeszcze nasz bohater nie wie. W tym czasie powstaje “Gwiezdny Książę", powieść niezwykle skondensowana, abstrakcyjna, minimalistyczna a jednocześnie będąca miniaturą (w końcu o średniowieczu) filozoficznie pociągającą. Literacka petarda, choć może się wydawać kompletnie absurdalna. Przyzwyczajeni jesteśmy jednak do innej konstrukcji zdań i przejrzystych narracji. Tu wszystko jest inaczej.
 
Zachęcam do sięgnięcia po prozy Łuczeńczyka, choćby po to, żebyśmy się skonfrontowali z literaturą odmienną od większości tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Czy jest to wybitna i ciekawa propozycja, czy nieudana próba, której znaczenie zostało nadane przez jednego krytyka, który bardzo lansował autora w mediach, do których miał dostęp? To jest pytanie, które przy Łuczeńczyku trzeba sobie zadać, bo nawet krytyka literacka lat 80. raczej unikała tego nazwiska, a głosy pochwalne płynęły tylko ze środowiska bliskiego Berezie.

Śmierć pisarza

Pisarz zmarł 12 sierpnia 1991 roku. Pochowany zostaje na cmentarzu prawosławnym w Dratowie. Na pogrzebie przemawia Henryk Bereza.

“Prawdziwi pisarze są wielką rzadkością, żyje ich teraz kilku, najwyżej kilkunastu, z imienia i nazwiska znamy ich najwyżej kilkudziesięciu w całych dziejach naszej literatury. (...) Wiedza, kto jest prawdziwym pisarzem pośród pracowników literatury, jest prawie tajemnicą, uzurpuję sobie dostęp do tej wiedzy. W poczuciu wtajemniczenia i z obowiązku wobec prawdy mówię nad grobem Andrzeja Łuczeńczyka, że wrócił w zaświaty, skąd przybył przed czterdziestu pięciu laty, ktoś, z kogo ziemia lubelska może być tak dumna, jak jest dumna z Bolesława Leśmiana i Józefa Czechowicza.(...) sięgał Andrzej Łuczeńczyk do największych tajemnic nieba i ziemi, istniał wśród nich, pisał jak istniał.“
 
Bardzo emocjonalny i poetycki portret pisarza opublikuje w „Gazecie Domowej. Magazynie Lubelskim” Bohdan Zadura, który podsumuje twórczość Łuczeńczyka pisząc:
 
“Książkowy dorobek Łuczeńczyka obejmuje cztery pozycje o łącznej objętości 20 arkuszy wydawniczych i łącznym nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Wliczając do tego książkę, której nie udało mu się wydać (zawierającą tak świetne utwory, jak Córeczka, Dzieci areny, Powrót, Okno, czy Wyzwanie), zostało po nim niewiele więcej niż 600 stron prozy. Prozy gęstej, w której słowa mają swój ciężar, znaczą, jest ich tylko tyle, ile trzeba. Recenzując Źródło napisałem, że przy Łuczeńczyku Hemingway jest straszliwym gadułą.”
 
Nekrologi ukazały się w najważniejszych gazetach, “Kurier Lubelski” pisał: ”Miał zaledwie czterdzieści pięć lat i wydawało się, że jeszcze wiele czasu przed sobą do pisania nowel i opowiadań, z których każde było wydarzeniem literackim. Mimo, że opublikował zaledwie kilka książek, zaliczany był przez wielu krytyków literackich do najwybitniejszych pisarzy średniego pokolenia w Polsce.”

Zebrać pisarza
 

Łuczeńczyk nigdy nie stał się pisarzem powszechnie w Polsce znanym, ale krytyka literacka dostrzegła jego twórczość i komentowała ją obszernie. Po śmierci oprócz kilku ważnych wspomnień (takich jak zaliczenie go przez Berezę na łamach paryskiej “Kultury” do grona najbardziej niedocenionych polskich pisarzy współczesnych) dość szybko pamięć o nim zaginęła. Jeszcze w 1992 roku Bereza we własnym wydawnictwie Akapit wznowi “Gwiezdnego księcia”, rok później w “Akcencie” i “Sycynie” ukażą się trzy jego opowiadania, powstaną dwa filmy dokumentalne o pisarzu oraz słuchowisko radiowe a jego nazwisko będzie co jakiś czas pojawiać się na łamach “Twórczości”. W 2013 roku w “Książkach. Magazynie do czytania” Marcin Sendecki napisze w tekście “10 genialnych pisarzy, których nie znasz”:
 
“Z lakonicznych, pełnych atmosfery nieprzejrzystości utworów Łuczeńczyka pamiętam najlepiej właśnie "Gwiezdnego księcia" - mroczną, umownie osadzoną hen w średniowieczu niepokojącą opowieść o mądrym, okrutnym, zimnym władyce. Pozbywa się konkurentów do władzy, a uzyskawszy ją, wyzbywa się życia. To jedna z tych książek, od wspomnienia których trudno się uwolnić. Nawet po latach.”
 
Może powinienem się powstrzymać, bo coś tam było planowane, żebym napisał do tego tomu i nie wyszło, ale jednak uczciwość mi nakazuje. Do książki dołączono literaturoznawczy, potwornie nudny i nieciekawy tekst Przemysława Kaliszuka oraz posłowie Adama Wiedemanna napisane w egzaltowanej, mocno pretensjonalnej formie, z której wyłuskiwanie ciekawego przekazu o Łuczeńczyku idzie jak po grudzie (niestety jest to styl mocno właściwy dla estetyki “Twórczości", w której krytyka literacka zdaje się być bliższa prozie poetyckiej niż tekstom informacyjno-krytycznym). Pisze Wiedemann  na przykład tak:

“Picie wódki jest dla bohaterów czynnością rytualną, podlegającą rytuałowi, wyjąwszy ten rytuał nie ma dla nich nic świętego. Wracamy tu oczywiście do czasów przedreligijnych, gdy spożycie wszelkich substancji psychoaktywnych było religijnie reglamentowane, pamiętajmy jednak, że rozkwit twórczości Łuczeńczyka nastąpił w momencie, gdy również wódka stała się towarem reglamentowanym, było o nią trudno. Stąd może skrupulatność, z jaką bohaterowie Łuczeńczyka podchodzą do wódki wydać się może nadmierna, lecz ma swoje praktyczne uzasadnienie, a wspomnienie Henryka Berezy o tym, jak Łuczeńczyk zjawiał się u niego z niedopitą butelką wódki, nabiera szczególnej świetlistości”.

To zaprawdę bzdury. I tam jest wiele takiej niskiej prozy poetyckiej. 

Nie są to na pewno teksty, które pomogą w odbiorze trudnej literatury tego autora, a mogą nawet skutecznie odstraszyć (“Prozę Andrzeja Łuczeńczyka napędza „rezygnacyjny potencjał”: porzucanie nowoczesnych konceptów przy ich jednoczesnej aktywizacji”). Dziwne jest zwłaszcza w tekście Kaliszuka zawłaszczenie Łuczeńczyka do bycia odkryciem Berezy, a przecież tak nie było - nie dość, że większość opowiadań napisał Łuczeńczyk jeszcze w latach 70. (a być może nawet 60.), tak Bereza miał raczej niewielki wpływ na powstanie nawet “Gwiezdnego księcia". Pominięto w tym tekście rolę Marii Jentys, redaktorki zajmującej się w Iskrach literaturą współczesną. Jentys opracowywała opowiadania Łuczeńczyka, z pewnością miała spory wpływ na upewnienie go w podjętej drodze literackiej (czyli odejściu od narracji standardowej w kierunku artystycznego eksperymentu i pozoenej afabularyzacji). Zdaje się, że PIW ma zamiar kanonizować Berezę i książka Łuczeńczyka ma przysłużyć się tej sprawie. Kaliszuk nie pisze w ogóle o krytycznej recepcji prozy Łuczeńczyka, ani nie przytacza zdania innych recenzentów, z których kilku, choćby Marcin Sendecki napisało całkiem ciekawe analizy tej twórczości. Z drugiej strony negatywne recenzje umieszczono na okładce. Po co? To jakaś wyjątkowa złośliwość? Książkę otwiera tekst z pogrzebu Łuczeńczyka autorstwa Berezy, co też jest pomysłem dość dziwnym, skoro chcemy “ożywić” autora, a w środku powstawiane dedykacje dla Berezy.

Zawłaszczanie Łuczeńczyka do jednej opcji, wbrew temu co pisze autor wstępu trwa i pokazuje, że nie radzimy sobie z niewygodnym dziedzictwem Berezy, któremu należy się krytyczna perspektywa (marzę o tym, że ktoś zanalizuje mizoginię Berezy), zdecydowanie nieobecna w ostatnio publikowanych książkach. Opowiadania i mikropowieści Łuczeńczyka to ciekawe pole do dyskusji o literaturze, mam nadzieję na niejedną krytyczną wobec zaproponowanej linii, analizę, ale przy założeniu, że inne niż Berezowe czytanie jest możliwe, że można wyjść poza krąg “Twórczości”  i tej estetyki słowa. Brakuje też tekstu o tym,kim w ogóle Łuczeńczyk był, suche kalendarium i bibliografia jednak nie zastąpią ciekawie napisanego biogramu.

“Dzieła zebrane” przypominają, że jak to wydanie nie trafi do czytelników i czytelniczek, to o twórczości Łuczeńczyka już raczej nie pogadamy, dlatego proszę - spróbujcie. Ale spróbujmy odczytać go właśnie na przekór Berezie i jego kategoriom estetycznym, wtedy zobaczymy, że ta proza ma zaskakujący potencjał w zakresie np. seksualności.

Cieszę się, że w jakimś stopniu udaje się przywrócić postać Łuczeńczyka do obiegu literackiego, przypomnieć o nim czytelnikom i czytelniczkom, gdyż jest to postać wyjątkowa w historii polskie literatury współczesnej - pisarz samouk, którego hermetyczna i trudna w odbiorze literatura do dzisiaj stanowi zagadkę i niespiesznie odkrywa przed nami swoje piękno. Trzydzieści dwa opowiadania o różnej długości (wliczając w to mikropowieści “Źródło” i “Gwiezdny książę”) to opublikowany do dnia dzisiejszego dorobek pisarza. W posiadaniu córki autora znajdują się rękopisy kilku nigdy nieopublikowanych utworów. Chyba szczęśliwie niepublikowanych. W 2009 roku Henryk Bereza w rozmowie z Darkiem Foksem powiedział, że “cały jego dorobek zmieściłby się w jednym tomie”. I oto są, dzieła zebrane. Polecam zajrzeć. Jestem ciekaw waszych przemyśleń po tej konfrontacji.


Przypisy:

[1] Ireneusz J. Kamiński, Jeździec znikąd? Rozmowa z Andrzejem Łuczeńczykiem, „Kamena” 1987, nr 25, s. 1 i 6.
[2] Tadeusz Komendant, Półzdanie, „Twórczość” 1992, nr 11, s. 107-111.
[3] Ireneusz J. Kamiński, Jeździec znikąd? Rozmowa z Andrzejem Łuczeńczykiem, „Kamena” 1987, nr 25, s. 1 i 6.
[4] Datę 10.01.1946 roku podaje Andrzej Łuczeńczyk w życiorysie datowanym na 24 września 1984 (Archiwum Pauliny Łuczeńczyk, APŁ), ochrzczony został w 1951 roku w Parafii Rzymskokatolickiej św. Wawrzyńca w Rogóźnie.
[5] Andrzej Szułowicz, Dzieje rodziny z Kolechowic przez dzieci zapamiętane, „Biuletyn Informacyjny”, nr 1(47) 2010, s. 7-9.  W artykule znajdujemy informację, że Andrzej Łuczeńczyk skończył dwie klasy szkoły podstawowej w Bytowie, ale przed reformą z 1966 roku szkoła trwała 7 lat.
[6] W artykule Dzieje rodziny… podano błędnie „Barcin koło Sławna”, chodzi jednak o Barcino w gminie Kępice, w okolicach Słupska.
[7] Ireneusz J. Kamiński, Jeździec znikąd? Rozmowa z Andrzejem Łuczeńczykiem, „Kamena” 1987, nr 25, s. 1 i 6.
[8] Kamiński, Jeździec znikąd… op.cit.
[9] Jan Smolarz, Andrzej Łuczeńczyk, „Akcent 1993, nr 1-2, s. 77-88.
[10] List z 19.01.1972 r. (Archiwum Instytutu Literackiego Kultura).
[11] List z 31.01.1972 r. (Archiwum Instytutu Literackiego Kultura)
[12] Korekta listu - WSZ
[13] list z dn. 28.06.1975, (Archiwum Instytutu Literackiego Kultura).
[15] ibidem
[16] list z 12.11.1975 r. (Archiwum Instytutu Literackiego Kultura).
[17] Tadeusz Trynka, List z 1.02.1976 (rubryka Listy do redakcji), Kultura 1976,  n. 3/342, s. 156-157.
[18] L. B (Leszek Bugajski), Przez puste ulice, rubryka: „Między książkami”, „Życie Literackie” 1983, n. 7, s. 15.
[19] Maria Jentys, Ciemna woda, „Regiony” 1983, n. 4, s. 129-130.
[20] Michał Łukaszewicz,  Dwie książki - dwie drogi, „Nowe Książki” 1983, n. 2, s. 40-42.
[21] Tadeusz Olszewski, „Debiutant poszukujący”, „Tygodnik Kulturalny” 1983, n. 32,s. 129.
[22] List z 24.2.1983 r. (APŁ)
[23] Andrzej Łuczeńczyk, Gra w szachy, „Życie Literackie”, 1983, nr. 29, s. 8-9.
[24] Andrzej Łuczeńczyk, Wilk, „Twórczość” 1983, n. 1, s. 37-56.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jakie stopy opisała Szmaglewska?