Czarne, Paweł Lipszyc, Peter Godwin

Peter Godwin, "Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe"

W Kampali, na centralnym wzgórzu tej olbrzymiej miasto-wsi stoi meczet. Jego budowę rozpoczął Idi Amin i nosi miano Kadafiego. Jest to jeden z nielicznych ciekawych i dobrze zachowanych zabytków ugandyjskiej stolicy. Witamy w innym świecie. W Zimbabwe do dzisiaj ukrywa się Mengestu, skazany przez etiopski sąd na dożywocie za spowodowanie klęski głodu i doprowadzenie kraju do ruiny. Los Mugabe, który przebywa w areszcie domowy, będzie podobny - nawet opozycja nie chce postawić go pod sądem. Tak wyglądają afrykańskie reżimy. 

Książka Petera Godwina, “Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe” Petera Godwina (tłum. Paweł Lipszyc), to opowieść zimbabweńskiego dziennikarza (mieszkającego już wtedy w Nowym Jorku) o wyborach prezydenckich w 2009, w których Mugabe poniósł klęskę. Na przegraną zareagował terrorem, który objął głównie biedną ludność w wiejskich regionach, w przeważającej mierze zwolenników opozycyjnej partii MDC. Tortury, morderstwa, “inteligentne ludobójstwo". Godwin czasem z narażeniem życia dokumentuje zbrodnie reżimu i pokazuje, w bardzo przystępny sposób uwikłania lokalnej ale i międzynarodowej polityki. Jednocześnie dostajemy opowieść prywatną - dziennikarza obawiającego się o swoje życie, ale też życie klasy społecznej, z której pochodzi - białej, zimbabweńskiej inteligencji - nie tylko farmerów, których od końca lat 90. tępił reżim Mugabe, ale też lekarzy, pracowników korporacji czy ambasad. Dramat prywatny - rozdarcie pomiędzy byciem zimbabweńczykiem, a kimś ‘de facto’ obcym jest tu szczególnie ciekawie pokazany. Ale. Mam spore “ale" do tej opowieści. Godwin jest dziennikarzem od lat zajmującym się pokazywaniem problemów Zimbabwe na arenie międzynarodowej, dlatego zapewne uznał, że nie trzeba wyjaśniać zbyt obszernie tła wydarzeń z 2009 roku, a to dla polskiego czytelnika może być jednak istotne. Ale to pomniejszy kłopot, bo przecież mamy wikipedię i sobie możemy doczytać. Bardziej istotny kłopot stanowi rasa. To straszne słowo w zimbabweńską zimę wybrzmiewało wielokrotnie. Opowiem wam o tym.

Otóż zdaniem mojej przewodniczki po cudach zimbabweńskich parków narodowych (a są to może nie tyle cuda, co naprawdę ciekawe widoczki i piękna zwierzyna) jej czarni sąsiedzi (“african people") mają całkiem inną mentalność i nie rozumieją, że biały człowiek urządza im lepszy świat. Nawet teraz, gdy zobaczyli po wygnaniu większości białych, że runęła gospodarka oparta o masowe rolnictwo farmerskie (obok wydobycia diamentów, jednak ta przeżarta korupcją dziedzina miała wpływ jedynie na życie nielicznej elity), nie wydają sie bliżsi poznania oświeconej prawdy. Biała prawda wygląda tak, że tylko biali potrafią chronić przyrodę i dbać o komfort turystów. To jest jakaś prawda. Zimbabwe wygląda jak skansen, w którym czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy 1980 a 1990 rokiem. Ma to swój urok - centrum Harare zachwyca modernistyczną i brutalistyczną (choć mocno nadwyrężoną) architekturą, a w prowincjonalnym Bulawayo co drugi pawilon przypomina słynną warszawską Emilkę. Jest to też niezwykle przygnębiające, bo w tych interesujących przestrzeniach straszą artefakty świadczące o niezwykłej biedzie. Puste półki, sprzęty z różnych epok, wielkie powierzchnie handlowe smutnie opuszczone. Gigantyczne bezrobocie, wciąż spadająca średnia długość życia, zniszczone rolnictwo, niewydolna policja, słaba edukacja, bankomaty bez pieniędzy, stacje benzynowe, na których nie da się zatankować paliwa. Do tego dochodzi niesamowita drożyzna - ceny na tzw. “poziomie warszawskim" a nawet drożej. Większości mieszkańców nie stać na nic poza najprostszym jedzeniem, a centrum Bulawayo śmierdzi uryną.

A obok tego są oczywiście enklawy bogactwa - centra handlowe, gdzie ‘fish and chips’ kosztuje ⅕ tutejszej średniej pensji, “normalne" sklepy i króliczki sprzedawane nie z przeznaczeniem na pokarm, ale do domowych pieleszy. I to 50 km od miejsca, gdzie mieszkańcy wsi polują na słonie, żeby się wyżywić. Enklawy pełne białych, których nie spotkasz nawet w centrum Harare. Biali przemieszczają się niezauważenie, poza oczami większości. Jakby w nieoficjalnym obiegu. Prowadzą biznesy (kierując nimi często z RPA), zajmują się safari i ochroną przyrody. Problem polega na tym, że oni też już są lokalsami, od ponad 120 lat. Każdy ma swoje racje i choć niekiedy możemy je odczytywać jako manifestacje rasowej wyższości, to lokalny kontekst nie jest taki prosty. 

Podróżując między tymi dwoma światami, z lokalnego autobusu przesiadając się do Toyoty Hilux ciężko nie mieć etycznych rozterek i nie stawiać sobie wielu trudnych pytań. Jakkolwiek książka Godwina jest ciekawa od strony faktograficznej, tak jednak zbyt uparcie trzyma się wątpliwości tylko jednej strony konfliktu. Pokazując ofiary, Godwin oddaje im sprawiedliwość, ale wciąż jest jakas granica między nim, a światem dookoła, której nie udaje mu się pokonać. Dodać też trzeba, że jest to pozycja już mocno archiwalna, bo Godwin kończy snuć swoją opowieść w 2009 roku, a wiele się wydarzyło od tego czasu.

Pod koniec lipca odbędą się wybory prezydenckie. Zorganizowano akcję zachęcającą do głosowania. Hasło na plakatach brzmi: “Twój głos, twój sekret", co nawiązuje właśnie do czasów, gdy tajne głosy okazały się bardzo jawne. Tym razem ma być inaczej, ale czy będzie? Najwięcej plakatów ma przywódca ZANU-PF, Emerson Mnangagwa, który jest odpowiedzialny za masakry w Matabelelandzie w latach 80. i wiele innych przestępstw. Po drodze z Victoria Falls do Bulawayo, gdy mija się regionalną siedzibę partii Mugabe asfalt wydaje się gładszy, a budynki bardziej zadbane. Nawet znaki drogowe są nowe. Te ostrzegające przed przechodzącymi słoniami już dawno wyblakły. Piękna tragedia, którą ciężko pojąć. Książka Godwina trochę w tym pomaga, ale pozostawia dużo miejsca dla może odrobinę lepszych opowieści o tym niezwykłym kraju, w którym jest nawet Chinatown (na zdjęciu).
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej