Dobromiła Jankowska, Pauza, Daniel Magariel

Daniel Magariel, "Nasz chłopak"

Jak teraz patrzę na okładkę “Naszego chłopaka”, to nie mam ochoty ponownie otwierać tej niezwykłej książki. Cieszę się, że ją przeczytałam, ale na dłuższy czas nie chcę wracać do tego świata. Zbyt on realny jak na fikcję, zbyt drażniący i wwiercający się w mózg. To chyba cechy wybitnej literatury, ale trzeba sobie dawkować. Czujcie się ostrzeżeni. Choć niech was to nie odwiedzie od lektury. A zacznie się ona od sceny, której długo nie będziecie mogli i mogły zapomnieć.

Wydawałoby się, że Magariel pisze coś, co już dobrze znamy - opowieść o uzależnionym od narkotyków ojcu, który terroryzuje swoich synów, oddziela ich od matki i zamienia w dobrze wytresowane komando posługaczy. Dzieciaki nauczone posłuszeństwa nie buntują się, a jak już, to robią to wyjątkowo niezdarnie. I to właściwie wszystko - postaci drugoplanowe u amerykańskiego pisarza są bardzo drugoplanowe, a całość kojarzy się trochę ze sztuką teatralną, którą można umieścić w dowolnie wybranej przestrzeni. Oczywiście łatwiej ukryć domowy terror na wsi czy w małym miasteczku, ale wyobrażam sobie wielkomiejską wersję “Naszego chłopaka”. 

Prostota narracji, skondensowana forma sprawiły, że jest to powiastka, w której pada niewiele zbędnych słów. Nie wydostajemy się poza dramat, tkwimy w nim i nie ma tu miejsca na oddech. Intensywność tej prozy nie wyraża się w gąszczu słów, a ciągłym napięciu. Można żałować, że Magariel nie zapisał zbyt wielu stron, ale dzięki temu osiągnął efekt książki pochłaniającej i trzymającej w napięciu do - zaskakującego - końca. 

Zło nie jest w powieści Magariela jednoznaczne, co ujawnia się zwłaszcza w zakończeniu powieści, ale by uniknąć “spojlerowania” można też się zastanowić nad rolą matki chłopców - ojciec odmalowuje jej niezwykle negatywny portret, dzięki czemu czytelnik nastawiony wrogo wobec głównego bohatera, będzie starał się ją idealizować. Ale czy to słuszna strategia? Na pewno nie jedyna. Może nikt nie jest dobry, a zwyczajnie zło czasem jest intensywniejsze? Świat jest przeciwko “naszym chłopakom”, zatem muszą z nim walczyć w imię jedności rodziny ale i wolności, pojmowanej tu jako prawo do własnej przemocy. Bo przemoc jest tu wszędzie - podział na “my” i ‘oni” nie jest jednoznaczny z podziałem na “zło” i ‘dobro”, na więzienie i wolność. 

“Nasz chłopak” koresponduje w mojej głowie z “Małym życiem” Yanagihary - pokazanie mechanizmów zła i nie unikanie brutalności opisu powtarzają się ostatnio w amerykańskich powieściach. Magariel zdaje się być nam bliższy i mniej efekciarski, brutalny i konkretny, By być “naszym chłopakiem” trzeba wytrzymać bicie, wyzwiska, poniżanie i radzić sobie samemu. Czy warto być “naszym chłopakiem”? Czyimś trzeba. To co łączy Magariela z Yanagiharą to też wyzwanie rzucone “męskości”, jej parodiowanie, pokazywanie, że współcześnie “męskość” może być już tylko własną karykaturą. Coś, czego nie zauważył Knausgard jakoś na etapie trzeciego tomu “Mojej walki”. 

Przeczytać to trzeba, to na pewno. Zawsze jak czytam książkę o przemocy to czuję się jakbyśmy wracali do “Władcy much” Goldinga, w tym przypadku przeczytanego przez Eugenidesa i przepisanego przez Cormaca McCarthy’ego. A wszystko to napisał pisarz debiutujący. Zjawiskowa książka, z pewnością jedna z najważniejszych, jakie ukazały się u nas w tym roku.

Przetłumaczyła Dobromiła Jankowska.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz