Eliza Gaust

Eliza Gaust, "Jude Czata"

Czytelnicy Kurzojadów, ja z anarchistami miałam tyle wspólnego co z samochodami drogimi, czyli nic. Ale obecnie nadrabiam młodość zmarnowaną na Gałczyńskim i Dickensie – co nie znaczy, że szlajam się po squatach/gram na basie w piwnicy/kontestuję. Czytam o tych, którzy to robili.

„Jude Czata” to blisko 150 stron przeprowadzonych przez Elizę Gaust wywiadów z przedstawicielami łódzkiej sceny punkowej, głównie z Wiktorem Skokiem, założycielem i spiritus movens Jude. Ponieważ dokonania tego zespołu są mi zasadniczo nieznane, skupiłam się na opowieściach o dorastaniu w Łodzi lat 80. i 90., w mieście, które jak mówi Skok, zawsze było specyficzne. Cztery kultury, z których po wojnie została tylko jedna, a kolejną reprezentowało głównie bazgrane na murach słowo „Jude”. Bieda, dramatycznie zwiększająca siłę rażenia w okresie transformacji. Karłowatość życia kulturalnego. Skok wspomina, że ani jego, ani chłopaków z zespołu nie było stać na instrumenty, nie było ich też od kogo pożyczyć – nikt nie miał pieniędzy na takie fanaberie. „Kawałek życia straciłem na próby aktywizowania innych. Koszmar”.

„Jude Czata”, jakkolwiek sztampowo by to nie zabrzmiało, to opowieść o ludziach z niezniszczalną pasją, którzy z przygniatającej beznadziei potrafią wykroić własną przestrzeń. Zarobione pieniądze można wpakować w komputer i zausz firmę, ale można też wydać w całości na płyty. Z zagranicy można przyjechać używanym autem i sprzedać je z zyskiem, ale można też przywieźć jeszcze więcej płyt i kserowanych zinów, które wszyscy będą z nabożeństwem czytać i wymieniać, a potem zabiorą się za klejenie autorskich publikacji. Można narzekać na brak infrastruktury kulturalnej w Łodzi i skinheadów, czających się na zrujnowanych podwórkach, ale można też zaadaptować na własną działalność pustostany i niszczejące budynki. I wcale nie trzeba tego traktować jako przejściowej fazy przez wejściem w „prawdziwą” dorosłość.

W tej bardzo starannie poprowadzonej narracji widzę tylko jeden mankament, a mianowicie: kobiety. Jest tu wprawdzie krótka wypowiedź Joanny Podolskiej, dziennikarki i prezeski Instytutu Tolerancji, która w 2003 roku pomagała w organizacji jednego z koncertów, ale poza tym mamy tylko Baśkę, wariatkę z dworcowej toalety, i zwykłe łodzianki, które w drodze powrotnej z zakupów obciągały facetom w parku, żeby zarobić na jedzenie dla rodziny. Nie ukrywam, że jestem ciekawa, czy na scenie punkowej były wtedy dziewczyny, jeżeli tak, to jak funkcjonowały, a jeżeli ich nie było, to dlaczego. Skok o nich nie mówi, Gaust nie pyta.

Tak czy inaczej, warto, na wielu poziomach.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jakie stopy opisała Szmaglewska?