Janina Zającówna

Janina Zającówna, "Podróż poślubna" i "Brama na drodze"

Janina Zającówna trafiła na moją listę lektur w klasyczny sposób: z bibliotecznego regału z wycofanymi książkami, które litościwi czytelnicy mogą zabrać do domu, jeżeli zdążą przed panem śmieciarzem. Rutynowo zabieram z tych stosów wszystkie powieści napisane przez kobiety, w próżnej nadziei stworzenia mody na zapomniane pisarki. No to lecimy: „Podróż poślubna”, „Brama na drodze”.

Przyznam, że „Podróż poślubna” to niezbyt łatwa emocjonalnie opowieść. Pierwszoosobowa narratorka, Joanna, gubi obcas na ulicy, niczym bohaterka pamiętnej reklamy Mentosa. Podchodzi do niej mężczyzna w kraciastej kurtce i aksamitnym berecie (?), pomaga znaleźć brakującą część obuwia i namierzyć szewca, a po dwóch tygodniach intensywnych spacerów po Starówce proponuje ślub. Joanna zgadza się, para bez większych celebracji podpisuje dokumenty w urzędzie i zaczyna wspólne życie w mieszkanio-pracowni Marka, który jest malarzem (stąd aksamitny beret, albo przynajmniej taką mam nadzieję). Do końca książki nie dowiemy się właściwie, co zamożna jedynaczka widzi w zazdrosnym, zaborczym, a w pozostałych momentach zimnym i niemiłym malarzu, niezbyt schludnym, lubiącym wypić i otoczonym gronem oddanych fanek jego potężnego talentu. Ale Joanna męczy się sumiennie: pokątnie broni magisterkę, która zachwyca wieszczących jej naukową karierę wykładowców (ale nie męża), odrzuca na życzenie Marka etat w ośrodku psychologicznym, tłumaczy się z braku krwi na prześcieradle w noc poślubną wymyślając historię o upadku z konia, uczy się przyrządzać smaczne i pożywne dania z kiełbasy. Czy Marek, konceptualista-portrecista, docenia wysiłki żony? Skądże. Zakochuje się w jej matce, ironicznej bizneswoman, prowadzącej intratną pracownię krawiecką. Joanna miota się, szaleje, prowadzi puste rozmowy ze znajomymi, których życie uczuciowe z zasady także pozostawia wiele do życzenia. Dialogi wyraźnie nie są mocną stroną Zającówny. Oto, jak rozmawiają ze sobą matka Joanny i Marek:

- Bardzo dobre simmlery. To właściwie jedyne ze starych mebli, które jako tako siedzą w nowoczesnych wnętrzach. Masz dobry gust. Ile za nie dałaś?
- Kupiłam je piętnaście lat temu, dosłownie za grosze.
- Jesteś przewidująca i sprytna.
- W moim fachu to konieczne.

Potem akcja lekko przyspiesza: Marek robi się zbyt cwany, Joanna decyduje, że może jednak za łatwo zrezygnowała z życia, trochę romansuje, trochę jest w ciąży i roni, by na koniec stwierdzić, że nic jej z mężem nie łączy i… w związku z tym trzeba spróbować jeszcze raz. Od zgrzytania prawie wypadły mi zęby. Historia Joanny jest tym trudniejsza do strawienia, że nie dostajemy zbyt wielu tropów, które pozwalają rozwikłać historię psycholożki-nihilistki. Zimna, zapracowana matka, owszem. Nieobecny ojciec, okej. Ale czy to znaczy, że trzeba od razu wychodzić za mąż za podłego artystę w aksamitnym berecie i ścielić się u jego stóp?

Z właściwą sobie naiwnością pospieszyłam do internetu, łudząc się, że znajdę tam coś ciekawego na temat Zającówny i jej galaretowatej bohaterki. Jednak lata googlowania polskich autorek powinny mnie nauczyć pokory. Notatka w Wikipedii ogranicza się do daty urodzin, informacji o studiach w Leningradzie i listy publikacji. Niewiele więcej dowiemy się ze stron Lubimy czytać i Filmpolski.pl (na podstawie książek Zającówny powstał serial dla młodzieży „Tylko Kaśka” i film „Kochankowie mojej mamy”). Honor Internetu ratuje krótki (i jedyny) wywiad z autorką na półamatorskiej stronie „Świat według Tessy”, prowadzonej przez dziennikarkę Teresę Gałczyńską. Uff. W ten sposób dowiedziałam się, że największym sukcesem autorki była debiutancka „Brama na drodze”, o której Janusz Głowacki pisał tak: „Udało jej (autorce) się przedostać na druga stronę bariery, wmieszać w tłum dziewcząt o wygolonych głowach i poplątanych życiorysach, utożsamić się z jedną z nich, oglądać jej oczami brudne izolatki, antypatyczne kierowniczki, samobójstwo dziewczyny debilki…”.

Cóż było robić, szybka przebieżka do osiedlowej biblioteki zapewniła mi dostęp do porażającej „Bramy na drodze”. Grażyna trafia do poprawczaka – znowu obracamy się głównie w „tu i teraz” narratorki, dlatego nie dowiemy się do końca, dlaczego utalentowana artystycznie dziewczyna z dobrej, warszawskiej rodziny, wpadła w złe towarzystwo i wylądowała w zakładzie poprawczym – i to nie jako skruszona panienka, której coś się w życiu posypało, ale jako niewzruszona, twarda kryminalistka, nieskłonna do podporządkowania się jakimkolwiek rygorom. Opis poprawczaka przywodzi na myśl świat „Drewnianego różańca” Natalii Rolleczek (zresztą ekranizacją książki Zającówny interesowali się Ewa i Czesław Petelscy), chociaż nie ma tu sadystycznych opiekunek – wystarczy system i piekło, które potrafią zrobić z zakładowego życia same dziewczyny, bezlitośnie walczące między sobą o pozycję, sympatię nauczycielek, papierosy. Podczas pierwszego noclegu w sali przejściowej Grażyna zauważa napis „Kocham Elkę Krejtman”, podpisany „Krystyna”. Od razu przypomina sobie opowieści o miłości lesbijskiej, królującej w poprawczakach – i rzeczywiście, po pewnym czasie ląduje w gorącym uścisku Majki, której łóżko stoi w najciemniejszym kącie. „Jest mi z nią dobrze, czemu nie” – ocenia pragmatycznie Grażyna. Na korzyść Zającówny zapisuję, że w żaden sposób nie wartościuje tej postawy, nie ma u niej narracji o „pladze homoseksualizmu”, którą można znaleźć w niektórych poradnikach dla dziewcząt z tego okresu (Mikołaj Kozakiewicz, „Zanim staniecie się kobietami”).

Co jak co, ale pruderyjna Zającówna nie jest: jej dziewczyny kłócą się i biją, krzycząc „tu kurwo, jeszcze ci przypierdolę”, a te, które uciekły z poprawczaka w zasadzie mają tylko jeden sposób na pozostanie na wolności: seks. Sypiają z nieciekawymi typami w zamian za utrzymanie i schronienie, pracują jako prostytutki czy, jak Grażyna, uwodzą bogatych facetów w knajpach, a następnie idą z nimi w krzaki, gdzie czekają już krzepcy koledzy, gotowi okraść niefrasobliwych amantów („Mądra jesteś dziewczynka, tylko starszy mężczyzna zna się na technice, wie, jak popieścić, gdzie pocałować, nie to co te bitelsiaki z długimi włosami, oni tylko krzyczą te swoje ye, ye i koniec” – mówi zachwycony siedemnastoletnią Grażyną Casanova po pięćdziesiątce). 

Tutaj także nie ma happy endu. Grażyna rozumie, że jest o krok od prawdziwego upadku w świat melin, z którego już się nie podniesie. Dobrowolnie wraca do poprawczaka, gdzie czeka ją karne golenie głowy i izolatka. Ale wraca bez nadziei: „Życie jest okrutne. Muszę to stwierdzić. Losu nie można przełamać, nie ma cudownych kart”. Grażyna wraca, bo wszędzie jest tak samo źle, a jej mama mówi, że nawet życie tych, którzy zawsze chodzą prostymi drogami, rzadko bywa szczęśliwe.

Ja także nie mam dla Was, drodzy czytelnicy, jasnego wniosku na zakończenie tego felietonu. Po dwóch książkach nie jestem w stanie ocenić, czy Zającówna jest pisarką wartą ponownego odkrycia. „Brama na drodze” jest znakomita. „Podróż poślubna” – niekoniecznie. Pozostaje mi tylko testować dalej i pomyśleć o dotarciu do autorki, która jeszcze żyje i może opowiedzieć o swojej twórczości.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz