Dowody Na Istnienie, Remigiusz Ryziński

Remigiusz Ryziński, "Foucault w Warszawie"

Nie ma co ukrywać - Remigiusz Ryziński wziął się za temat bliski mojemu sercu. Historia osób LGBT w Polsce wciąż pozostaje opracowana jedynie wyrywkowo, a wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Akcja Hiacynt to najbardziej znana opowieść z tych nieopowiedzianych, ale pozostają inne, równie frapujące. 

Ryziński postanowił pójść tropem miejskiego mitu. Mitu o pobycie w Polsce Michela Foucault. Głosi on, że słynny filozof pracował w naszej pięknej krainie i został z niej wydalony po nakryciu go z kochankiem (i zapewne utrwaleniu tego faktu). Ryziński postanowił to sprawdzić i za to mu chwała. Szkoda, że efekt literacki z tego przeciętny.

To jest historia seksu. Jego uprawiania lub marzenia o nim, kupowania i sprzedawania. Historia między kiblem a hotelem, o dewizach i meblosciankach. To mogła być wiella historia, ale jej autora interesuje głównie to z kim francuski filozof sypiał i dotarcie do jego ewentualnych kochanków a szersze tło przypomina wypracowanie pod tytułem "tło społeczne w Polsce środkowego komunizmu". 

Problemem "Foucault w Warszawie" jest nijakość materiału. W archiwach, mimo poszukiwań i zapewne ciekawych znalezisk, nie ma zbyt wiele, o samym pobycie wiadomo niewiele, a wspomnienia są mocno podkoloryzowane i układają się czasem w uroczą balladę ciotowską, ale na pewno nie w dobry reportaż.

Wyjątkowo nie lubię reportaży z tak dużą ilością "zapchajdziur". Pisze sobie autor - przykładowo - że nie wiemy, gdzie się stołował Foucault, ale może w Bristolu. A jak w Bristolu, to dostajemy trzy strony przewidywalnego obrazka obiadków w Bristolu. A jak nie w Bristolu, to zawsze można dołożyc pięć stron o innej knajpie. Później Ryziński zastanawia się np. nad tym, gdzie podrywał chłopców autor "Historii szaleństwa". I znowu idziemy w przypuszczenia. Ćwierć książki skonstruowana jest z pobożnych życzeń i przypuszczeń, co wskazuje wyraźnie, że lepiej było napisać powieść niż reportaż. Są momenty kompletnie absurdalne, gdy np. sugeruje się, że kochankiem Foucault mógł być Edward Stachura, by po kilku stronach napisać, że jednak, przykro nam, ale nie, to tylko takie rozważania wynikające ze zbieżności nazwiska. A jak już widać, że w ogóle nie ma nic ciekawego do napisania to przecież można ciepnąć cytatem na dwie strony. Rozumiem, że książka musi posiadać treść, ale to jest ewidentne sztukowanie.

Mimo uporczywej redakcji, której nici zauważyć nie trudno, w książce mamy chaos i ewidentne nieradzenie sobie z prowadzeniem głównego wątku. Redakcji zaś należy pogratulować, bo z książki słabej zrobiła książkę znośną, sprawnie wydobywajac najciekawsze momentu i rozbijając je na lekko poetyckie, a może raczej "gadane" frazy. To zabieg sprytny ale wyraźnie wtórny. 

Może gdyby Autor zamiast pisać o Foucault, na co materiału jest może z 30 stron, napisał o życiu polskich gejów i lesbijek w latach przed papieżem Polakiem; może gdyby dopytał swoich bohaterów, a nie plótł balladę, to - może - byłaby to dobra książka. A tak jest to lektura mocno irytująca. I jest mi trochę przez to przykro.

Gdybyście pytali o Foucault - był w Polsce, miał kochanków, była prowokacja choć nie wiadomo za bardzo po co. A gejom żyło się źle. Tyle, możecie wrócić do poniedziałku.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz