W.A.B, David Grann, Piotr Grzegorzewski

David Grann, "Czas krwawego księżyca"

UWAGA, THERE MAY BE SPOILERS.

Jesteśmy w Oklahomie w latach dwudziestych. Osagowie, szczep z grupy Siuksów, zwani są najbogatszymi Indianami Ameryki – wszystko za sprawą złóż ropy naftowej, znajdujących się pod terenami ich rezerwatu. Każdy z członków plemienia posiada dziedziczne prawo do otrzymywania rocznej dywidendy z tytułu eksploatacji złóż, wokół których wyrastają szemrane miasteczka, jeszcze raz wskrzeszając ducha Dzikiego Zachodu (wzbogaconego o przestępczy boom związany z prohibicją).

Akcja koncentruje się wokół rodziny Mollie Burkhart, bogatej Indianki, która poślubiła białego mężczyznę, Ernesta Burkharta. Mieszane małżeństwa nie są w tej okolicy rzadkością – dla białych jest to znakomity sposób na wejście w posiadanie pieniędzy, tym bardziej, że na mocy prawa stanowego niewielu Indian może zarządzać swoimi dochodami samodzielnie, większość ma przydzielonych z urzędu kuratorów kontrolujących wydatki. Mollie choruje na cukrzycę, niedawno straciła siostrę – Minnie zmarła na niewyjaśnioną chorobę. W dniu rodzinnego święta Anna, kolejna z sióstr, wychodzi z przyjęcia i przepada. Po tygodniu jej zwłoki zostają odnalezione w wąwozie nad strumieniem. Anna została zamordowana strzałem w tył głowy. Śledztwo nie przynosi rezultatów, bezradni pozostają prywatni detektywi. Tymczasem z nieokreślonych przyczyn umiera matka sióstr, kolejni dwaj Indianie z prawami do dywidendy zostają zamordowani, ostatecznie trzecia i ostatnia siostra tajemniczo podupadającej na zdrowiu Mollie, Rita, ginie wraz z mężem w potężnej eksplozji domu. W sumie ofiarą niewyjaśnionych zbrodni padają 24 osoby – do akcji wkraczają agenci świeżo powstałego FBI, na czele z Tomem Whitem. Dla Edgara Hoovera, młodego szefa biura, to pierwsze śledztwo jest okazją, żeby pokazać skuteczność nowych metod zarządzania i położyć kamień węgielny pod legendę FBI.

Relacjonowana swojego czasu szeroko historia morderstw Osagów została obecnie całkowicie zapomniana, żyje tylko w pamięci przedstawicieli plemienia, którzy nadal nie są w stanie pogodzić się z tym, co się stało (ocenia się, że każda rodzina straciła w „okresie terroru” przynajmniej jednego członka).

Grann sprytnie zaczyna książkę od morderstwa, by potem odrobinę zmniejszyć tempo i wprowadzić dodatkowe wątki. Poznajemy kompleksowo historię plemienia Osagów, smutnie reprezentatywną dla dziejów amerykańskich Indian, wypieranego coraz dalej, na coraz gorsze ziemie, nękanego przez białych osadników, zmuszanego do asymilacji. Co ciekawe, szczególny nacisk kładziony był na umieszczanie w szkołach z internatami indiańskich dziewcząt – uważano, zapewne słusznie, że to one, przyszłe matki, odpowiedzialne będą za przekazywanie zwyczajów plemiennych kolejnym pokoleniom, więc lepiej je z tych zwyczajów wcześnie wykorzenić. Autor pokazuje, jak wyjątkowy łut szczęścia w postaci odkrycia złóż ropy na terenach należących do plemienia przyczynił się do jego katastrofy, częściowo za sprawą rasistowskich regulacji prawnych. System opiekunów wyznaczanych majętnym Indianom był furtką do łatwych nadużyć i pozostawał w sprzeczności z konstytucyjnymi prawami do samostanowienia – przeważało jednak stanowisko, że Indianie są jak dzieci i roztrwonią swoje fortuny na nowe samochody i drogie ubrania, mimo, że praktyka wskazywała, że większość z nich inwestowała pieniądze rozsądnie, a odsetek utracjuszy nie był większy niż w przypadku białych właścicieli wielkich majątków. Grann naświetla też rasistowskie tło procesów, w których kolejne ławy przysięgłych zostają rozwiązane z powodu niemożności osiągnięcia consensusu, a ostatecznie oskarżeni – pomimo uznania ich za winnych morderstw pierwszego stopnia – otrzymują tylko kary więzienia, ponieważ nawet najbardziej liberalni sędziowie i przysięgli nie są gotowi, by skazać białego człowieka na śmierć tylko dlatego, że zabił Indianina.

Kolejny wątek to opowieść o amerykańskich stróżach porządku: od szeryfów z Dzikiego Zachodu, poprzez prywatnych detektywów ze słynną agencją Pinkertona na czele, po nowoczesnych funkcjonariuszy FBI. Grann pokazuje proces formowania się biura i decydujący wpływ Hoovera na jego kształt. Pierwsze śledztwo, prowadzone przez Toma White’a, skupia jak w soczewce problemy, które zdeterminowany był rozwiązać Hoover, tworząc przejrzystą organizację z jasnym system klasyfikowania akt, standardowo i starannie wykształconymi funkcjonariuszami posługującymi się metodami naukowymi i karnie składającymi znormalizowane raporty na jednej stronie maszynopisu. FBI funkcjonuje jak korporacja, zmieniając swobodnych stróżów prawa w lojalne maszyny – ale dzięki temu wyrywa ich z lokalnych układów i zależności, pozwalając na w miarę obiektywne śledztwa. Jak bardzo jest to ważne okazuje się właśnie w sprawie morderstw Osagów, gdzie każdy kryje swojego wspólnika, a sieć powiązań i wzajemnych interesów jest niemalże nieprzenikniona.

W zaskakującej końcowej wolcie Grann pokazuje jednak, że prawda leży zazwyczaj głębiej niż mogłoby się wydawać, a sukces bywa nieoczywisty. Śledztwo w sprawie morderstw zakończyło się sukcesem właśnie – po drobiazgowym dochodzeniu winni zostali odkryci i skazani, agenci otrzymali zasłużone pochwały, Indianie mogli odetchnąć z ulgą i skierować swoje wysiłki w kierunku zmiany niekorzystnego dla nich prawa kurateli finansowej. Grann, rozmawiając z potomkami Osagów stwierdza jednak, że ofiar było dużo więcej niż mogłoby się wydawać, a wiele wątków śledztwa nigdy nie zostało pociągniętych i zamkniętych. Skazanie Williama Hale’a i jego współpracowników w zbrodni tak naprawdę było wierzchołkiem góry lodowej. Konkluzja jest bardzo gorzka: Hoover potrzebował spektakularnego sukcesu, który będzie legitymizował nowy model zarządzania funkcjonariuszami i sukces taki osiągnął, świadomie rezygnując z wyjaśnienia sprawy do końca, by nie wikłać się w mniej oczywiste wątki z mniejszymi nadziejami na skazanie winnych. Drugie dno jest jeszcze mroczniejsze: Hale stał się w pewnym sensie kozłem ofiarnym (chociaż był jak najbardziej winny), wynaturzonym psychopatą nakręcającym spiralę zbrodni dla pomnażania zysków, kimś, kogo społeczeństwo mogło wyrzec się z oburzeniem. Grann, śledząc dokumentację pokazuje jednak, że mordowanie nie było domeną Hale’a – stanowiło niemalże usankcjonowany sposób na łatwe zdobywanie majątku i było szeroko praktykowane przez społeczność białych żerującą na Osagach, nosząc wszelkie znamiona ludobójczej sąsiedzkiej zbrodni, przez lata, praktycznie aż do dzisiaj, nienazwanej i niewyjaśnionej. Indianie byli masowo truci, zabijani, odmawiano im pieniędzy na opiekę lekarską. Stąd niezaleczone traumy żyjących potomków, o których wspomniałam powyżej – po blisko stu latach od wydarzeń w Oklahomie nadal nie sposób ustalić, które małżeństwa zawierane były z miłości, a które były cynicznymi kontraktami, kto umarł naturalnie, a kto został otruty przez najbliższych lub przez osoby, które uważał za przyjaciół.

Kup książkę w Gildia.pl!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?