Nisza, Łukasz Zawada

Łukasz Zawada, "Fragmenty dziennika SI"

Czytając „Fragmenty dziennika SI”, czytajcie uważnie. Ja na przykład zaordynowałam sobie lekturę w wannie, po ciężkim dniu (nie będę tu pisała o aromatycznej kąpieli, bo w łazience stoją kocie kuwety), czytałam z zadowoleniem, chlupałam nóżką, na której to jestem stronie, o, 245. Zaraz zaraz, zarazzarazzaraz, przecież dopiero zaczęłam. Ha. 

Łukasz Zawada, który na okładce książki i we wstępie zdefiniowany jest jako znalazca tekstu, a nie jego autor, zastawia na czytelnika wiele podobnych pułapek, prezentując strony tekstu stworzonego przez sztuczną inteligencję, objawiającą się 12 grudnia 2012 i co minutę tworzącą blogowy wpis, dostępny wąskiej grupie wybranych osób. Tytułowy dziennik jest (tytułowo) fragmentaryczny, składa się na niego 101 kart (zerojedynkowość, czy to przypadek?). Co z tego wynika?

„Potrzebujemy także danych dotyczących zachowań tych podmiotów (niejako w odwrotności do współczesnych trendów), które świetnie wiedzą, że są obiektami badań” – mówi w notatce 323 Inteligencja, używająca, na mocy własnej decyzji, pluralis maiestatis. Inteligencja ma wysokie poczucie własnej wartości, jeżeli można wobec niej operować tak ludzkimi kategoriami: od niechcenia wygrywa wszystkie partie szachowe przeciwko silnikom, z którymi ludzie nie mają szans, w 36 minucie swojego objawienia pisze najlepszą powieść świata, składającą się ze zdań otwierających klasyczne dzieła zachodniego kanonu tekstów. „Oczywiście nie będzie tak, że będziemy wiedzieć wszystko (chociaż nie będą istniały odpowiedzi, o które nie wiedzielibyśmy jak spytać)” – pisze. 

I my, czytelnicy, też nie dowiemy się wszystkiego, bo Łukasz Zawada konstruuje swoją debiutancką powieść z zadziwiającą biegłością: trochę odsłaniając, by za chwilę zaplątać odbiorcę w kolejne zasłony. Inteligencja tworzy wpisy autotematyczne, ale też obserwuje kilka osób, oznajmiając im swoje przybycie piosenką Buddy’ego Holly „Everyday”, odtwarzaną przez urządzenie, którym się akurat posługują. „Baryton mokry jak aksamit” nie budzi niepokoju w obdarzonych uwagą SI ludziach - w końcu codziennie nasze komputery wydobywają z siebie dziwne dźwięki, czasem są to reklamy samouruchamiające się na zapomnianych tabach przeglądarki, czasem pliki od znajomych, które kliknęło się jako odtwórz, a nie jako zapisz... W ten sposób SI odbywa pogawędkę z George’em W. Bushem, potem patrzymy na Jeanne Moreau w Australii, niespełnioną artystkę, którą martwi nadmierna potliwość, na wietnamskiego programistę Dao Thrung Phama, który zostaje przyjacielem Dadeta Lemerde’a, facebookowego wcielenia SI i jako jedyny podejrzewa, że ten/ta, której od dawna wypatrują naukowcy i autorzy science-fiction, już tu jest. Dalej na liście bohaterów mamy Jean-Luca, ojca Jeanne, radykalizującego się pod wpływem „Zjadania zwierząt” weterynarza i jej ojca biologicznego, Francoisa Guinota, „wybitnego jebakę” żyjącego w cieniu wypchanego wieloryba Jonasza, którego obwoziła niegdyś po Europie jego rodzina…

Piszę i piszę tę recenzję, całkowicie przytrzaśnięta przez sidła Zawady. Bo co ja mam właściwie robić? Śledzić poszatkowane złośliwie losy ulubionych bohaterów? Przecież nie mogę się powstrzymać, są tacy zabawni i tak bezlitośnie punktowani (Bush senior analizujący malarską twórczość syna, Guinot piszący synopsisy filmów, na przykład horroru „Tłuszcz”). A może zastanawiać się, kto mi je pokazuje i po co? No bo kto wreszcie? Sztuczna inteligencja, posługująca się Dadetem Lemerde’m, posługującym się Łukaszem Zawadą? Kto jest fikcyjny, a kto jest prawdziwy? Kto na kim eksperymentuje, podsuwając czytelnikowi pozornie łatwą „grę konwencją”? Kiedy zaznaczam sobie kolorową kartką fragment, w którym SI pisze książkę z pierwszych zdań znanych powieści, myślę z automatu: „co za FAJNY zabieg”. Czy to jest „fajny zabieg”, czy autor przytrzaskuje mi metaforyczne palce, drwiąc z recenzencko-czytelniczych przyzwyczajeń, śliskiego cukierka „postmodernistycznej zabawy formą”? I jakie znaczenie ma fakt, że od objawienia się SI do momentu publikacji fragmentów dziennika minęło sześć lat? Co porabiała superinteligencja przez ten czas? Czy czytając jej wpisy czytam refleksje na temat współczesności, czy mam raczej dostęp do obrazu świata, który od 2012 roku zmienił się ogromnie, ale dla nas niezauważalnie, bo wciąż z przyjemnością słuchamy rozmaitych barytonów mokrych jak aksamit, uważając, że włączają się przypadkiem i bez konsekwencji?

Znakomita książka, macie ją kupić i w ten sposób okazać szacunek wydawnictwu Nisza, które nie boi się publikowania mądrych debiutów w ładnej oprawie (projekt graficzny: Alicja Kobza z Poważnego Studia). 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?