Muza, Weronika Mincer, Alison Wolf

Alison Wolf, "Faktor XX. Jak pracujące kobiety tworzą nowe społeczeństwo"

Nie mam siły do tej książki. Co dziesięć stron odkładam ją z wewnętrznym sykiem „To śmieszne, nie będę tego czytać”, a potem wracam i brnę, bo przecież miało być o siostrzaństwie i autorka musi chyba zmierzać do jakiejś rozsądnej konkluzji? Jednak na stronie 171 mówię ostatecznie stop. Mam już 33 lata i coraz mniej czasu na złe lektury.

Wolf miała opowiedzieć o tym, jak wejście kobiet na wysokie stanowiska rynku pracy (oraz na rynek w ogóle) zmieniło świat. Tak, świat, cały świat, autorka nie lubi małych kwantyfikatorów. Jednak przez 171 stron, które ścierpiałam, Wolf głównie analizuje dane statystyczne, z podziwu godnym uporem pomijając jakikolwiek ich kontekst społeczny, socjologiczny i kulturowy (jeżeli chodzi o ścisłość, wydaje jej się, że nie pomija – ale pomija). W dodatku robi to w sposób niesamowicie nudny, a kiedy najwyraźniej sama się na tym łapie, wprowadza dla lepszego kolorytu „scenkę z życia” – spotyka się z jedną ze swoich znajomych z górnych sfer sektora zatrudnienia i pyta: „Jak to jest, że nie masz dziecka?” albo „Jak to wszystko ze sobą godzisz?”, po czym uzyskuje odpowiedź od takiej kobiety, zawsze „nienagannie ubranej” lub „z pięknie ułożonymi włosami”.

Generalnie wniosek jest taki: kiedyś była nierówność między płciami, ale teraz na szczęście jej nie ma. Całkiem jej nie ma. Nie ma, bo ludzie się opamiętali i zniknęła. Pyk. Jest dobrze w domach, na uczelniach, na rynku pracy. Dobrze, ale nie bardzo dobrze, bo przepaść powstaje między kobietami typu „złote spódniczki” z czubka piramidy wykształcenia i zatrudnienia, a ich mniej ogarniętymi siostrami w płci. Tamte nie rodzą, a te tak. Tamtym trudno się wyrzec kariery, a te nigdy jej nie miały, więc lubią swoje życie takie jakim jest. Zgrzyt, zgrzyt. Tak to właśnie wygląda u Wolf, prosto jeśli nie prostacko, a w sukurs przychodzą statystyki. Chciałabym być teraz biegłą w analizie i ocenie metodologii badaczką, żeby roznieść tę książkę w pył, ale pozostaje mi tylko niejasne przeczucie, że coś jest z nią nie w porządku. Oto przykłady:

„Rozmawiałam z Coleman w jej eleganckim gabinecie w Nowym Jorku, urządzonym w błyszczącym drewnie, ze ścianami zakrytymi przez półki z książkami, w siedzibie Council on Foreign Relations w eleganckiej dzielnicy Upper East Side [na temat sytuacji kobiet w krajach Zatoki Perskiej]. W miejscach takich jak Indie lub Persja i tak dalej, uważano, że kobiety są gorsze, że mężczyźni muszą je kontrolować, bo są słabe i na niczym się nie znają. Ale teraz gdziekolwiek spojrzeć te ograniczenia i poglądy są obalane z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę. Takie myślenie stało się praktycznie śmieszne”.

Hm. Czyżby. Spójrzmy także na inny przykład, dość charakterystyczny dla stylu Wolf (dodajcie sobie jeszcze do tego przekonanie, że jeżeli ktoś coś powiedział w ankiecie, to jest to święta, obiektywna prawda, a nie konstrukt świadczący o mówiącym. Możecie też dorzucić majaczącą w tle tezę, że dziewczęta lepiej się uczą, bo mają większe zdolności interpersonalne i są lepiej przystosowane do dyscypliny niejako z natury, wiadomo, niebieski mózg, różowy mózg).

„Jeśli chodzi o nieodpłatną pracę w domu, to rzeczywiście kobiety przeznaczają na tego rodzaju zajęcia średnio więcej godzin niż mężczyźni, tak jak sądzimy. Ale z kolei mężczyźni przepracowują średnio więcej płatnych godzin poza domem. Dodatkowo, w porównaniu z minionymi czasami, kobiety wykonują więcej pracy poza domem, a mężczyźni w domu. W olbrzymiej większości krajów rozwiniętych, gdy weźmiemy pod uwagę łączną sumę godzin pracy zarobkowej i niezarobkowej okaże się, że kobiety i mężczyźni wykonują swoje obowiązki przez taką samą liczbę godzin, codziennie, przez wszystkie dni tygodnia”.

Z tego, wg Wolf, rodzi się pytanie: o co chodzi z tym ujadaniem rzekomo wyzyskiwanych w domach kobiet? Przecież częściej pracują na część etatu, mogą więc dołożyć do niego pracę rodzinną, tako rzecze Statystyka. Czy autorka zauważa, że praca rodzinna nie będzie a) płatna b) opatrzona składkami emerytalnymi i w efekcie panowie dostaną na stare lata więcej, a panie mniej? Niezbyt. Bo pędzi już do kolejnego gabinetu wyłożonego błyszczącym drewnem. Także nie wiem, nie przeczytałam całości, nie mogę więc autorytarnie powiedzieć, że bzdury – może coś mądrego o siostrzaństwie jednak będzie, za stronę, za sto. Jeżeli ktoś przebrnął do końca i może mnie oświecić, to będę wdzięczna, bo może jednak czegoś tu nie zrozumiałam.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Romansowa Teresa