Wojciech Albiński, Linia

Wojciech Albiński, "Jak czuć się dobrze gdy cię wywalą. Bo że to się stanie, to pewne"

Książka Albińskiego ma dwie zalety. Pierwsza to projekt graficzny Marcina Władyki. Dwa kolory, niebieski i czerwony, w odcieniach kojarzących się jednoznacznie z obrazami 3D, przesycone nimi zdjęcia i okazjonalna domieszka brązu. Różne rozmiary fontów, nadające lekturze określony rytm. I takie tam sztuczki, tu jakaś strzałka, tam puste strony, sama przyjemność obcowania z tekstem. Druga zaleta: dawno żadna książka tak mnie nie zirytowała i nie skłoniła do rozmyślań z gatunku „co ja właśnie przeczytałam???” Albiński z zaskakującym brakiem zahamowań pisze o tym, że właśnie wyleciał z pracy w korporacji, że gardzi sobą, ludźmi, którzy tam nadal pracują, etosem agencji reklamowych, konsumpcjonizmem, kapitalizmem i tak dalej, popierając to spalenie mostów rozkładówką, na której znajdują się skany jego wizytówek z poprzednich firm, których nazwy są nadal świetnie widoczne oraz podaniem swoich minionych zarobków. Ten fragment jest rzeczywiście strzałem w sedno – największe współczesne faux pas to zapytać dziś znajomego „Ile zarabiasz?” i oczekiwać konkretnej odpowiedzi, bez nerwowych jęków „Eeeee, no kiepsko, ale zależy w którym miesiącu, eee”.

Z resztą rekolekcji Albińskiego mam problem i to nie na poziomie literackim - jego podróż od stacji „Wymówienie” przez „Śpię 16 godzin na dobę”, „Mam fazę buntu”, „Bunt nie ma sensu”, „Muszę sens odnaleźć”, „Pozytywny, nowy obraz siebie zbudowany wokół prawdziwych wartości”, aż do finałowej przesiadki w samolot jest owszem, sprawnie zbudowana i wchłania się ją w kwadrans, ale potem przychodzi czas na podsumowanie i cóż. Jest rok 2014. Czy naprawdę nie wiedzieliśmy jeszcze, że agencje reklamowe to, hm, zło? A to wcisną nam kit, a to wyeksploatują pracowników (pozdrawiam Olę J., z którą do lutego nie mogę wyjść na psi spacer, mimo, że mieszkamy trzy domy dalej), a to sprzedadzą nam kit jeszcze większy, a my będziemy się z niego cieszyć. Że kradną nam swobodne myślenie, zastępując je rytuałami, które może i sprawiają nam przyjemność, bo sami nie musimy ich wymyślać, ale służą tylko podniesieniu wydajności, a nie naszemu szczęściu. Czy nie wiedzieliśmy, że pieniądze szczęścia nie dają?

Dlatego chwilę po lekturze wyestetyzowany lament autora, że wielkie korporacje użyły go jako naczynia, wypełniły treściami, które on uznał za swoje, a na koniec ukradły marzenia i wolność, traktuje się z pewnym dystansem i ma się ochotę zadać pytanie „Wojciechu Albiński, ty tak na serio? Gdzie byłeś ostatnie 10 lat?” (w pracy). W pewnym momencie zaczęłam myśleć, że narratorskie spojrzenie oczyszczonego człowieka, na nowo konstruującego byt w duchu prostoty i pokory jest pozorowane – że nadal jesteśmy TAM, gdzie porażka własnego planu na życie jest towarem i hej, można ją przekuć w ładną książkę i sprzedać (czemu nie?). I z punktu widzenia sekretarki w budżetówce mam wrażenie, że książka trafia w pustkę: ja na przykład nie mam siły współczuć komuś, kto mówi, że nie musi się zbyt szybko martwić komornikiem, mimo utraty źródeł dochodu. Jeżeli jutro wylecę z pracy, to będę mogła zastanowić się, co mnie spotkało dopiero kiedy posprzątam wszystkie biura, żeby mieć na wynajem mieszkania, albo kiedy usmażę wszystkie frytki, jeżeli dobrze pójdzie. Z kolei dla pracowników z sektora Albińskiego jego wyznania nie będą chyba wielkim wstrząsem i trąbą wołającą o opamiętanie, tylko słabym głosem kogoś, kto odpadł, bo nie dał rady, ha ha ha.

Podsumowując: z jednej strony nic nowego w odwiecznej dyskusji „mieć czy być, a jeśli być to kim, a jeśli mieć, to za jaką cenę”, z drugiej – drażniąco szczera relacja ze stanu ducha. Po otrząśnięciu się z pierwszego wścieku zaczęłam to doceniać i projektować w głowie całą półkę takich zgrabnych, małych „Spowiedzi dziecięcia wieku”, w których pracownicy rozmaitych korporacji szczerze opowiedzą, co tam u nich siedzi w głowach, tak, jak zrobił to Albiński.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?